Recenzja wzmacniacza zintegrowanego Gryphon Audio Diablo 333 w The Twittering Machines

Recenzja wzmacniacza zintegrowanego Gryphon Audio Diablo 333
Autor i źródło recenzji: Michael Lavorgna, The Twittering Machines, styczeń 2026 r.
Oryginał można przeczytać TUTAJ.
Gdy ponad 60 cm świeżego, zmrożonego śniegu pokrywa długi, żwirowy podjazd, prosta prawda o wartości odpowiedniego narzędzia staje się aż nadto oczywista.
Na szczęście, dwóch z naszych trzech sąsiadów ma znacznie większe działki niż my i naprawdę lubią pracować na swojej ziemi. Przenoszenie materiałów, kopanie, niwelowanie terenu, oczyszczanie, rozgarnianie, naprawy — i oczywiście dysponowanie odpowiednim sprzętem do każdego z tych zadań (i nie tylko). Odśnieżanie podjazdów i utrzymywanie przejezdności naszej prywatnej, żwirowej drogi to dla nich czysta przyjemność. Dla mnie próba uprzątnięcia czegoś takiego łopatą byłaby daleka od czegokolwiek przyjemnego — wręcz bezsensowna. Mamy naprawdę szczęście, że otaczają nas tacy życzliwi i zaradni ludzie.
Czasem myślę, że część frustracji, jakiej ludzie doświadczają w świecie hi-fi — to wrażenie, że coś jest nie tak — wynika z użycia niewłaściwego narzędzia do danego zadania. Głośniki za małe lub za duże do konkretnej przestrzeni, wzmacniacz, który nie radzi sobie z napędzeniem kolumn, albo źródło dźwięku przeładowane funkcjami, przez co muzyka brzmi głównie jak zbiór efektów specjalnych. Tak jak w sytuacji, gdy patrzysz na zaspy śniegu sięgające po pas, mając w ręku jedynie łopatę — od razu wiesz, że coś tu nie gra.
Gdy spojrzymy na wzmacniacz jak na narzędzie do właściwego napędzania kolumn, jednym z prostszych wskaźników jego skuteczności jest moc wyjściowa — i nikt nie wie tego lepiej niż miłośnik wzmacniaczy SET (do których sam się zaliczam), gdzie typowe jednocyfrowe wartości mocy wymuszają bardzo uważny dobór głośników.
Na przeciwnym krańcu skali mocy wyjściowej można zadać pytanie: czy istnieje coś takiego jak "zbyt duża moc"? Moja odpowiedź brzmi: być może — i mam ku temu dwa powody. Po pierwsze, nie znoszę marnotrawstwa. Po drugie, zdarza się, że bardzo mocne wzmacniacze sprawiają, iż cały system brzmi nieco topornie. Jakby głośniki były przymuszane do grania, co skutkuje twardością i szorstkością tam, gdzie powinny pojawić się finezja i piękno.
Oczywiście to pewna przesada — i pomija znacznie istotniejszą cechę każdego wzmacniacza, czyli pytanie: jak sprawia, że brzmi muzyka? I co z tego wynika dla naszego doświadczenia słuchowego? A na te najważniejsze kwestie nie odpowie żaden zestaw pomiarów ani specyfikacji technicznych. Dlatego słuchamy.
Nie zliczę, ile zintegrowanych wzmacniaczy przetestowałem przez lata. Skupiam się głównie na integrze, choć recenzuję też końcówki mocy oraz dedykowane im przedwzmacniacze od tego samego producenta (nie stosuję konfiguracji mieszanych). Można zajrzeć do mojego działu „Ulubione”, by zobaczyć zaledwie wierzchołek tej góry lodowej — wiele z tych znakomitych konstrukcji wymaga przemyślanego doboru reszty systemu. Dobrym przykładem jest uroczy i rozsądnie wyceniony Aurorasound HFSA-01 — lampowy wzmacniacz zintegrowany oferujący 28 W mocy z czterech lamp EL34. Ale jego pełnię możliwości pokażą dopiero kolumny łatwe do wysterowania.
Bardziej wymagające sytuacje pojawiają się wtedy, gdy w grę wchodzą kolumny trudne do napędzenia — czasem prawdziwe prądożerne potwory, które pochłaniają moc niczym popcorn, schodząc poniżej 2 omów w trakcie odtwarzania muzyki.
Wszystko to prowadzi do prostego wniosku: rozmowa o wzmacniaczach wykracza daleko poza kwestie mocy wyjściowej, topologii czy innych danych, które znajdziemy w specyfikacji technicznej. Jedną z rzeczy, które mogę powiedzieć o zintegrowanym wzmacniaczu Gryphon Diablo 333, jest to, że jego charakter brzmieniowy pozostawał niezmienny — niezależnie od tego, z jakimi kolumnami przyszło mu współpracować.
A lista ta obejmuje zarówno rezydujące u mnie DeVore O/96 (recenzja), niedawno testowane Wilson Benesch A.C.T. 3Zero (recenzja), Thrax LYRA SE w parze z pasywnymi subwooferami HADES (w trakcie recenzji), jak i olśniewające Gauder Akustik Elargo 200, które również są w trakcie testów. Cztery różne pary kolumn, cztery różne sygnatury brzmieniowe, cztery odmienne obciążenia do wysterowania.
A jednak Diablo 333 pozostawał zupełnie niewzruszony wobec tych różnic — konsekwentnie sprawiając, że każdy z tych systemów brzmiał tak, jakby Gryphon został zaprojektowany właśnie z myślą o danym modelu kolumn, bez względu na to, czy ich skuteczność wynosiła 89 czy 96 dB. Ani razu nie odniosłem wrażenia, że mocy jest za mało — ani że jest jej zbyt dużo.
Ta spójność brzmienia i jej wpływ na odbiór muzyki, niezależnie od zastosowanych kolumn, to tylko jedna z wielu wyjątkowych cech Gryphona Diablo 333.
Gryphon Diablo 333 nie stosuje globalnego sprzężenia zwrotnego — dosłownie żadnego — i według producenta oferuje 333 waty mocy w klasie A/B przy obciążeniu 8 omów, które podwajają się do 666 watów przy 4 omach (liczba idealna na Halloween), oraz osiąga imponujące 1100 watów przy 2 omach.
Warto zaznaczyć, że stopień wyjściowy pracuje w trybie high-bias Class A/B, a pierwsze ~10 watów ustawione jest tak, by działać w czystej klasie A. Dla porównania: inne wzmacniacze mocy z katalogu Gryphona — takie jak Essence Monoblocks, Antileon Revelation czy flagowy Apex — pracują w pełnej klasie A.
Gryphon Diablo 333 to następca wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300, który był w produkcji od 2015 roku — a stali czytelnicy wiedzą, że bardzo cenię konstrukcje, które opierają się próbie czasu. Nowy, prawdziwie dual-mono Diablo 333 został zaprojektowany przez głównego inżyniera Gryphona, Toma Møllera, natomiast za projekt wizualny odpowiada sam założyciel marki — Flemming Rasmussen.
Ustawienie modelu 333 na starym stole w stodole na potrzeby sesji zdjęciowej ujawniło kilka istotnych rzeczy — większość z 57 kg wagi skoncentrowana jest z przodu, co mówi nam jednoznacznie, gdzie znajduje się „mocno rozbudowany zasilacz z przewymiarowanym transformatorem Holmgren Dual-Mono oraz pojemnością filtrującą 68 000 µF na kanał”.
Jakość wykonania? Gotowa na każdą bitwę. A proporcje urządzenia — niemal kwadratowe w dwóch wymiarach (46,7 × 47,2 × 24,5 cm) — nadają mu zwartą, masywną sylwetkę. Pomyślcie: solidny. I ciężki.
Testowany egzemplarz wyposażono w opcjonalny moduł gramofonowy PS-3 MM/MC True Dual Mono pracujący w klasie A, który zamontowano tuż pod gniazdem przeznaczonym dla opcjonalnego modułu DAC. Potężne, pozłacane terminale głośnikowe to autorski projekt Gryphona — towarzyszą im wejścia RCA (niezbalansowane), XLR (zbalansowane) oraz gniazdo zasilania IEC 20 A.
Jedną z najbardziej wyróżniających się cech Gryphona jest jego “waga” brzmieniowa — i jest to kolejna cecha, która nie ulegała zmianie niezależnie od podłączonych kolumn. Przez „wagę” rozumiem zdolność do budowania solidnego, namacalnego, trójwymiarowego obrazu dźwiękowego, jakby Diablo 333 materializował w pomieszczeniu osoby i instrumenty odpowiedzialne za muzykę w znacznie większym stopniu niż wiele innych znakomitych wzmacniaczy, z którymi miałem przyjemność obcować.
Dla porównania — Orpheus Lab Absolute (recenzja), zintegrowany wzmacniacz, który również bardzo przypadł mi do gustu, kładł większy nacisk na wdzięk i subtelność, co czyniło go świetnym partnerem dla DeVore O/96. Z kolei Gryphon sprawił, że zarówno Wilson Benesch, a zwłaszcza Gauder Akustik, przeszły metamorfozę z „bardzo dobrze brzmiących” na poziom... pełnej palety dosadnych reakcji słownych. W stylu: „Święta *!”, „O ja *!”, „No nie *!” — typowo jerseyowska, dosadna reakcja na brzmienie, które dosłownie wgniata w fotel.
Waga brzmienia to kolejna wyróżniająca cecha Gryphona — i, co ważne, cecha ta utrzymywała się niezależnie od podłączonych kolumn. Przez „wagę” rozumiem zdolność do sprawienia, że odtwarzana muzyka brzmi solidnie, trójwymiarowo i z fizyczną obecością w pomieszczeniu. Jakby Diablo 333 potrafił przywołać do rzeczywistej postaci ludzi i instrumenty odpowiedzialne za powstanie muzyki — w znacznie większym stopniu niż wiele innych znakomitych wzmacniaczy, z którymi miałem do czynienia.
Dobrym punktem odniesienia będzie tu Orpheus Lab Absolute (recenzja) — wzmacniacz zintegrowany, który również bardzo przypadł mi do gustu, ale który kładł większy nacisk na grację i delikatność niż na wspomnianą wagę brzmienia. Te cechy czyniły go świetnym partnerem dla DeVore O/96, natomiast Gryphon sprawiał, że zarówno Wilson Benesch, a zwłaszcza Gauder Akustik, przechodziły metamorfozę — z bardzo dobrze brzmiących kolumn w coś absolutnie spektakularnego.
Tego poziomu brzmienie wywoływało reakcje z gatunku: „O ja *!”, „Święta *!”, „Nie wierzę, że to możliwe!” — czyli pełen zestaw spontanicznych, niewybrednych reakcji słownych, typowych dla New Jersey. I to dosłownie.
Muszę też powiedzieć kilka słów o tym systemie jako całości — rezydujący u mnie Grimm MU1 (recenzja), DAC Imersiv D-1 będący w trakcie testów (więcej informacji), Diablo 333, Gauder Elargo 200, a wszystko to spięte okablowaniem AudioQuest ThunderBird.
Dlaczego? Bo ten zestaw przyniósł jedne z najbardziej ekscytujących, dramatycznych i angażujących doznań dźwiękowych, jakich tam doświadczyłem. Nawet po dniach i tygodniach odsłuchów zdarzały się momenty — niemal w każdym utworze — które potrafiły mnie zaskoczyć czystą jakością reprodukcji. To było jak policzek z rzeczywistości — tak namacalna obecność muzyki, że aż kręciłem głową z niedowierzaniem, z głupkowatym uśmiechem od ucha do ucha.
To właśnie te chwile — rzadkie, ale wyjątkowe — kiedy jakość dźwięku wychodzi na pierwszy plan z prawdziwym rozmachem, sprawiając, że odtwarzana muzyka nabiera znaczenia. Jak słońce wpadające do pokoju.
Odsłuch
Jednym z najbardziej zaskakujących albumów, przy którym uśmiech nie schodził mi z twarzy, był wydany w 2025 roku „Rhythm Immortal” autorstwa Carrier, z Diablo 333 w roli dostawcy mocy i... magii. Dźwięki wypełniały pokój odsłuchowy niczym kule energii, całkowicie oderwane od kolumn — efekt przypominał jakiś rodzaj projekcji astralnej. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.
Nie ma wątpliwości, że brukselski producent Guy Brewer czerpie przyjemność z kreowania ogromnej, wręcz jaskiniowej przestrzeni, w której jego dźwiękowe dramaty mogą swobodnie się rozwijać.
A kiedy Gauder Elargo 200 wypuszczały tę muzykę w przestrzeń, dynamika potrafiła zaskoczyć niczym niespodziewany wystrzał z rury wydechowej tuż obok — z tym samym poczuciem szoku i chwilowego zawieszenia. Czy zaraz znów coś wybuchnie?
Drobne “owadzie” dźwięki, potężne uderzenia bębnów odbijające się echem w ciemnych zakamarkach — daleko poza przednią ścianę, kaskady szumu spadające z nieba — wszystko to przywodziło na myśl ludzi, którzy potrafią patrzeć na kod i widzieć od razu graficzny interfejs użytkownika (pracowałem z takimi). Bo te dźwięki nie tyle były słyszalne, co przekształcały się wewnątrz mnie w emocje i reakcje.
Fizyczność tego dźwięku, jego muzykalność, a także pozornie nieskończona skala i wyrafinowanie sprawiły, że moje doświadczenie wykraczało daleko poza klasycznie pojmowaną jakość brzmienia — prowadząc mnie do stanu całkowitego, skupionego zanurzenia w muzyce. Oszałamiające.
Tę muzykę można nazwać abstrakcyjną — w takim sensie, w jakim abstrakcyjne są obrazy Marka Rothki. A z Gryphonem w roli napędu, Rhythm Immortal wydawał się równie realny jak to boskie, unoszące się światło Rothki, wiszące na ścianie kilka kroków dalej, które powoli pochłania wszystko wokół.
Tender Prey z 1988 roku to jeden z najbardziej biblijnie nasyconych albumów Nicka Cave’a & The Bad Seeds, z ksylofonowymi demonami tańczącymi na dachach.
„Who’s that dancing on the jailhouse roof
Stamping on the ramping with a cloven hoof”
To także płyta dość chaotyczna — momentami wręcz niedbała — zwłaszcza na tle zwykle chirurgicznie precyzyjnej pracy Cave’a i spółki. Mimo to zawiera wiele klasyków jego repertuaru, w tym otwierający album „Mercy Seat”, który słyszałem na każdym koncercie Nick Cave & The Bad Seeds, na jakim byłem.
Wesołe miasteczko grozy w stylu Halloween, firmowe brzmienie The Bad Seeds, rozlewa się tu szeroko — a Wilson Benesch, dzięki pełnej kontroli pasma i znakomitej detaliczności, oddały wszystkie jęki, świsty i wrzaski, wirujące po pokoju niczym duchy rzucone na ściany z latarni magicznej. Głos Cave’a był niemal plująco obecny.
A gdy w „Mercy” robi się gęściej i głębiej, masywność Gryphona, połączona z jego żywą, sprężystą energią, wniosła do muzyki prawdziwy dramat i fizyczny impakt — jakbyśmy słuchali nowożytnego św. Antoniego na granicy wizji i błagania (mam nadzieję, że docenisz powściągliwość, z jaką powstrzymałem się przed diabelskimi aluzjami czy — o zgrozo — żartami, pisząc ten fragment recenzji).
Album Getting Killed zespołu Geese z 2025 roku zdaje się brzmieć lepiej z każdym kolejnym odsłuchem — a przez system Gryphon/Gauder zabrzmiał jeszcze lepiej. Każdy element — giętka linia basu, szaleńcza perkusja, piekąca, przesterowana gitara i śpiewano-mówiono-wrzeszczany wokal Camerona Wintera — był doskonale rozmieszczony w przestrzeni, z odpowiednią masą, energią i charakterem. Brzmiały jak prawdziwe rzeczy obecne w pomieszczeniu — fizycznie obecne.
Kiedy reprodukcja osiąga tak przekonujący poziom oddania realności, czas i codzienne rozproszenia po prostu znikają. Zostajemy tylko ja i muzyka. I to wystarcza.
Muzyka — przynajmniej dla mnie i, powiedzmy, kilku milionów innych osób — to emocjonalne i intelektualne doświadczenie, idealna równowaga umysłu i ciała, w której można się zatracić: w dźwiękach, słowach, sensach i ruchu. A w najlepszym przypadku — oddalić się od samego siebie i wrócić w lepszym stanie, kiedy muzyka milknie.
Dla tych z nas, którzy lubią słuchać. Po prostu słuchać. Przez długie godziny, przez lata. Jakość tego doświadczenia zaczyna naprawdę mieć znaczenie. Wiesz, o czym mówię. Więc kiedy mam okazję obcować z muzyką odtwarzaną na poziomie, jaki oferuje Gryphon Diablo 333, trudno się nie ekscytować. Choćby trochę.
Wracając do mojej listy ulubionych wzmacniaczy — jest kilka modeli w okolicach cenowych Gryphona Diablo 333, w tym wspomniany już Orpheus Lab, Soulution 331 (recenzja), Viva Solista (recenzja) i Bel Canto Black ACI 600 (recenzja). Jeśli znasz którykolwiek z tych wzmacniaczy, wiesz, że nie brzmią tak samo i nie mają takich samych parametrów, co sprawia, że wyłanianie jednego „zwycięzcy” nie ma większego sensu.
To powiedziawszy: gdyby ktoś budował system zaczynając od kolumn, które naprawdę cenią sobie dużą moc — a ja zawsze polecam zacząć od kolumn przy budowie systemu — i zapytałby mnie o jeden polecany wzmacniacz zintegrowany, wskazałbym Gryphona. Za wszystkie jego atuty, które wydają się niezależne od tego, jakie kolumny do niego podłączysz. A wśród tych zalet jest umiejętność odtwarzania każdej muzyki z tak uderzającym realizmem, jaki rzadko zdarza mi się spotkać.
A, i jeszcze jedno — jeśli masz parę Gauder Akustik Elargo 200 i szukasz wzmacniacza: spróbuj Diablo 333. Później możesz mi podziękować.
Ponieważ testowany Gryphon Diablo 333 był wyposażony w opcjonalny moduł gramofonowy PS-3 MC/MM (dopłata: 6800 USD), podczas jego trzymiesięcznego pobytu u mnie nie mogło zabraknąć także odsłuchów z winylu. Moja główna analogowa konfiguracja to gramofon Michell Gyro SE z ramieniem Sorane SA1.2 oraz wkładką EMT HSD-006, którą szczególnie cenię. Ustawiłem przełączniki DIP na tylnej ściance Diablo zgodnie z wymaganiami obciążeniowymi EMT — i po chwili byłem gotów do winylowej jazdy bez trzymanki.
Porozmawiajmy o najnowszym albumie Japanese Breakfast — For Melancholy Brunettes (& Sad Women), ich czwartym studyjnym wydawnictwie i zarazem pierwszym nagranym w pełnoprawnym studiu, przy współudziale Blake’a Millsa w roli współproducenta. To tylko jeden z wielu krążków, które wtedy zagrałem, ale zasługuje na wyróżnienie.
Na marginesie — podczas ostatniego Capital Audiofest jeden znajomy zapytał mnie, czy chciałbym czegoś konkretnego posłuchać w jego pokoju odsłuchowym. „Lubisz Japanese Breakfast?” — zapytałem. Spojrzał na mnie i powoli przechylił głowę, a na jego ustach pojawił się chytry, diabelski uśmieszek. Nie padło już ani jedno słowo, ale dokładnie zrozumiałem ten żart.
Uwielbiam ten album za jego słodki, nieco ryzykowny pop, który wplata gamelan, mandolinę, altówkę, saksofon, Wurlitzera i inne instrumenty w bardziej klasyczne brzmienia fortepianu, syntezatorów, gitary basowej, elektrycznej, perkusji i wokali. Już od pierwszych dźwięków otwierającego utworu „Here Is Someone”, zagranych na mandolinie przez wokalistkę i autorkę piosenek Michelle Zauner, wiedziałem, że moduł gramofonowy Gryphona przypadnie mi do gustu — dźwięki i emocje zawarte na For Melancholy Brunettes (& Sad Women) miały w sobie tę samą żywą, namacalną jakość, którą charakteryzuje się sam wzmacniacz.
Jak wiedzą stali czytelnicy, rzadko recenzuję sprzęt analogowy — z kilkoma wyjątkami — więc ograniczę się tutaj do krótkiego i konkretnego komentarza: biorąc pod uwagę cenę, moduł gramofonowy Gryphona to dla mnie absolutny pewniak. Jasne, można znaleźć samodzielny przedwzmacniacz gramofonowy za około 6800 dolarów, który być może komuś bardziej przypadnie do gustu albo zaoferuje więcej opcji regulacji obciążenia. Droga wolna. Myślę, że jest jakieś 3333 możliwości do sprawdzenia.
Ale jeśli funkcjonalność oferowana przez moduł Gryphona w pełni ci wystarcza i wolisz spędzić ten czas po prostu słuchając płyt, ta opcja "bez zastanowienia" nie zawiedzie.
Podsumowanie
Gryphon Diablo 333 jawi mi się jako właściwe narzędzie do konkretnego zadania — w szerszym sensie niż wiele innych znakomitych wzmacniaczy zintegrowanych, które miałem okazję recenzować. Wszystko za sprawą jego zdolności do napędzania czterech różnych par kolumn, które podłączyłem, z równie niezachwianym rezultatem — tam, gdzie dane techniczne spotykają się z muzykalnością.
A te rezultaty należą do najbardziej zaskakujących i pewnych siebie demonstracji odtworzenia radości i rozpaczy zaklętych w muzyce — w całej ich sile i łasce — jakie miałem przyjemność przeżyć, odkąd ponad 20 lat temu zacząłem pisać o świecie hi-fi.


