Recenzja referencyjnych monobloków Dan D’Agostino Momentum Z oraz przedwzmacniacza liniowego Momentum C2Z
Autor i źródło recenzji: Michael Fremer, Tracking Angle, sierpień 2026 r.
Oryginalną recenzję można przeczytać TUTAJ.
W styczniu Dan D’Agostino Master Audio Systems zaprosił gości z całego świata na dwudniowe wydarzenie zorganizowane z okazji 15-lecia firmy, którego najważniejszym punktem była premiera nowego [monobloku Momentum Z](https://dandagostino.com/products/momentum-z-monoblock-amplifier). Prezentacje nowych produktów zazwyczaj nie odbywają się z takim rozmachem. Są kosztowne i czasochłonne, zakłócają pracę fabryki, a ich organizacja może nastręczać wielu trudności.
D’Agostino uznał jednak, że w przypadku tego wzmacniacza tak rozbudowana oprawa jest w pełni uzasadniona. Momentum Z to bowiem całkowicie nowa konstrukcja, choć wyglądem przypomina Momentum M300 – pierwszy wzmacniacz wprowadzony na rynek przez założoną 15 lat temu firmę.
Na dwudniowe wydarzenie przybyli dystrybutorzy z całego świata – między innymi z Kanady, Wielkiej Brytanii, Bangladeszu, Niemiec oraz krajów Azji. Dołączyli do nich wybrani amerykańscy dealerzy i nieliczni dziennikarze, wśród których znalazłem się również ja.
Niedawno recenzowałem dla magazynu [„The Absolute Sound”](https://dandagostino.com/files/relentless_equipment_report_review.pdf) flagowy, kosztujący 150 000 dolarów, trójelementowy przedwzmacniacz Relentless. Napisałem wówczas – i nadal tak uważam – że był to najbardziej imponujący komponent audio, jaki kiedykolwiek zagościł w moim systemie, choć dziś dodałbym do niego jeszcze gramofony GMT i Prime Meridian firmy Wilson Benesch.
Historia tego, jak otrzymałem propozycję napisania recenzji, jest dość zabawna. Późną jesienią poprzedniego roku Dan D’Agostino odebrał „Founders Award”, przyznawaną przez L.A. and Orange County Audiophile Society, a mnie – jak zwykle – przypadła rola żartobliwego wykpienia laureata. W ciągu mniej więcej ostatnich dwunastu lat nie zrobiłem tego tylko raz: kiedy sam otrzymałem tę nagrodę. Powiedziałem między innymi, że życiowym celem Dana było zostanie zegarmistrzem, ale zabrakło mu odpowiednich umiejętności, więc musiał zadowolić się projektowaniem sprzętu audio. Dorzuciłem jeszcze kilka uwag, które jak zwykle balansowały na granicy dobrego smaku i obraźliwości, później jednak spoważniałem i opowiedziałem historię odejścia Dana z firmy Krell oraz zaczynania wszystkiego od nowa w wieku, w którym lata nastoletnie miał już dawno za sobą. Dan jest legendą branży audio. Wydarzenie zgromadziło największą publiczność w historii gal organizowanych przez L.A. and Orange County Audiophile Society.
Program wydarzenia poświęconego premierze Momentum Z obejmował interesujące i pouczające zwiedzanie fabryki. Następnie Dan wygłosił wykład techniczny, podczas którego szczegółowo omówił nowe i przełomowe rozwiązania zastosowane we wzmacniaczu. Sama premiera była wyjątkowa również dlatego, że urządzenie trafiło do sprzedaży równocześnie z oficjalną prezentacją. Zapowiedzi nowych produktów zazwyczaj wyprzedzają ich pojawienie się na rynku o wiele miesięcy, lecz firma D’Agostino była gotowa do natychmiastowego rozpoczęcia sprzedaży.
Rozwiązania techniczne monobloków Momentum Z
Podczas prezentacji w fabryce Dan omówił zastosowane rozwiązania znacznie bardziej szczegółowo, niż zwykle dzieje się to podczas podobnych wydarzeń, które przynoszą zazwyczaj więcej marketingowego szumu niż konkretnej wiedzy – choć tym razem nie zabrakło ani jednego, ani drugiego. Nowy model jest pierwszą końcówką mocy firmy wyposażoną w kaskadowy stopień wejściowy z tranzystorami JFET, co stało się możliwe dzięki nowej generacji tych elementów, produkowanych dla sektora wojskowego. Szczegóły techniczne nie są tutaj konieczne, warto jednak wspomnieć, że zastosowanie tego rozwiązania pozwoliło uzyskać wysoką impedancję wyjściową, większe wzmocnienie napięciowe i skuteczniejszą izolację. Jak wyjaśnił Dan, gdy zamontowano w Momentum płytkę wejściową o takiej konfiguracji, od razu usłyszano „wyraźną poprawę” – połączenie gładkości („niezwykle muzykalnego ciepła”) z „ogromną szczegółowością… niemal przesadną, ale idealnie wyważoną”. Przyznał, że nie znosi przesadnie gładko brzmiących wzmacniaczy, które maskują detale. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Ja również, ale równie mocno nie cierpię wzmacniaczy nadmiernie eksponujących szczegóły, brzmiących ostro i bezbarwnie”.
Niewiele współczesnych końcówek mocy korzysta ze stabilizowanych stopni wyjściowych, ponieważ duże zapotrzebowanie na prąd sprawia, że aktywna stabilizacja napięcia jest trudna i kosztowna. Dlatego większość konstrukcji wykorzystuje rozbudowane baterie kondensatorów, które wygładzają tętnienia napięcia powstające po prostowaniu. Dan wyjaśnił, że jeden ze wzmacniaczy Krella zaprojektowanych w okresie, gdy pracował w tej firmie, miał stabilizowany stopień wyjściowy, lecz jego brzmienie mu nie odpowiadało – uważał je za jednocześnie ciemne i agresywne. Po usunięciu stabilizatora dźwięk znacznie się poprawił.
Stabilizowany stopień wyjściowy ma jednak wiele zalet, ponieważ tranzystory przez cały czas pracują w optymalnych warunkach. Nie oznacza to pracy w klasie A – wzmacniacz działa w niej do około 40–50 watów, a po przekroczeniu tej wartości przechodzi do klasy AB. Dan i jego zespół odkryli, że jeśli układ stabilizatora będzie działał „dwa, trzy, a może nawet dziesięć razy szybciej niż stopień wyjściowy”, a do jego budowy wykorzysta się inne elementy niż w samym stopniu wyjściowym, „można uzyskać magiczny efekt”.
Co więcej, ponieważ parametry stopnia wyjściowego są stabilizowane i stale nadzorowane, nie ma potrzeby stosowania osobnego układu zabezpieczającego. Nie znajdziemy tu zatem ani przekaźników, ani kondensatorów separujących na wejściu. Wzmacniacz jest sprzężony stałoprądowo, a w torze prowadzącym do kolumn nie ma żadnych dodatkowych elementów – jest więc „bezpośrednio połączony z głośnikiem”. Podstawę zasilacza stanowią dwa umieszczone jeden nad drugim transformatory toroidalne o mocy 1200 VA każdy, pracujące w zasilaczu liniowym. We wzmacniaczu zastosowano tranzystory JFET, MOSFET oraz tranzystory bipolarne.
W jaki sposób wzmacniacz jest zatem chroniony? „Stabilizator jest inteligentny” – powiedział Dan zgromadzonym. Ma dwie gałęzie, dodatnią i ujemną, oraz trzeci układ, który je nadzoruje. Stabilizator kontroluje natężenie prądu, wykrywa zwarcie na wyjściu i reaguje na wszelkie nieprawidłowości. Jeśli coś jest nie tak, natychmiast wyłącza wzmacniacz. Ponieważ nie znajduje się w torze sygnałowym, nie wpływa na brzmienie.„Po raz pierwszy usłyszycie wzmacniacz działający w ten sposób, ponieważ nikt wcześniej nie zastosował takiego stabilizatora”. Firma nazwała ten nowy układ „Kinetic Drive Regulator”.Następnie Dan omówił wpływ stabilizatora na brzmienie. Zapewniał między innymi, że wzmacniacz będzie brzmiał równie dobrze podczas cichego i głośnego słuchania. Powiedział, że podczas pierwszego odsłuchu był „wstrząśnięty” – i to nie dlatego, że włożył palec do środka urządzenia. „Nawet przy niskim poziomie głośności będziecie mieli wrażenie, że słuchacie bardzo głośno. Usłyszycie najniższe dźwięki basu, poczujecie siłę uderzenia, usłyszycie rozmach, wysokie tony i przestrzeń…”.Następnie Dan pozwolił sobie pochwalić się możliwościami urządzenia, przy okazji zdobywając się na szczere wyznanie: „A tego nie potrafi żaden inny wzmacniacz dostępny na rynku, łącznie z naszymi własnymi konstrukcjami”. Można być pewnym, że firma pracuje już nad rozwiązaniem tego problemu we wszystkich swoich wzmacniaczach!Powiedział również, że urządzenie przypomina „bardziej elegancką, wytworniejszą i droższą wersję…” pierwotnego Momentum. Dodał, że to trochę jak „kupowanie elementów z włókna węglowego do swojego Ferrari”. Skąd miałbym wiedzieć. Ha, ha!Ten niezwykle kompaktowy wzmacniacz określił mianem „potwora”. Dlaczego? Choćby dlatego, że dostarcza dwukrotnie więcej prądu niż Momentum M400 MxV, który przecież sam słynie z ogromnej wydajności prądowej. Wystarczy spojrzeć na dane techniczne: wzmacniacz osiąga moc 500 W przy 8 omach, 1 000 W przy 4 omach i 2 000 W przy 2 omach! Sądząc po wynikach pomiarów urządzeń D’Agostino z ostatnich 15 lat, deklarowane przez producenta wartości mocy można uznać za wiarygodne. To bardzo dużo jak na stosunkowo niewielką obudowę o wymiarach około 33 × 13 × 51 cm. Ustawienie największych wzmacniaczy D’Agostino wymaga pomocy kilku osób – o ile wcześniej znajdzie się dla nich wystarczająco dużo miejsca.
Czynnik Z
Wadą kaskadowego stopnia wejściowego z tranzystorami JFET jest niska impedancja wejściowa. Wzmacniacz będzie wprawdzie współpracował z lampowym przedwzmacniaczem o odpowiednio niskiej impedancji wyjściowej lub z podłączonym bezpośrednio przetwornikiem cyfrowo-analogowym, jednak nie osiągnie wówczas optymalnej jakości brzmienia. Impedancja wyjściowa przedwzmacniacza powinna być dziesięciokrotnie niższa od impedancji wejściowej wzmacniacza, dlatego wejście Momentum Z może pracować z dwiema wartościami impedancji. Standardowe ustawienie wynosi 1 MΩ, czyli milion omów, natomiast po zmianie ustawienia przełącznika umieszczonego wewnątrz urządzenia impedancja wejściowa spada do 300 Ω.
Nowy przedwzmacniacz C2Z dostarcza sygnał o niskiej impedancji, dopasowany do niskiej impedancji wejściowej Momentum Z. Jak wyjaśnił Dan, pozwala to znacznie obniżyć poziom szumów bez wpływu na charakterystykę częstotliwościową. Rozwiązanie przypomina system „Zeel” firmy darTZeel, w którym impedancja wyjściowa przedwzmacniacza i wejściowa końcówki mocy wynoszą 50 Ω. Dla właścicieli pierwotnego modelu C2, którzy zechcą korzystać ze wzmacniaczy Momentum Z, dostępny będzie dodatkowy moduł. Według Dana obniżenie poziomu szumów pozwala uzyskać „porywające” kontrasty dynamiczne.
Pozostałe cechy
Poza imponującą jakością wykonania i wykończenia, charakterystyczną dla wszystkich urządzeń D’Agostino, uwagę zwracają miedziane radiatory. Są one znacznie droższe od aluminiowych, ale skuteczniej odprowadzają ciepło, a przy tym prezentują się znakomicie. Wzmacniacz mocno się nagrzewa, dlatego skuteczne chłodzenie jest w jego przypadku niezbędne.
Na tylnej ściance umieszczono wyłącznik zasilania, 20-amperowe gniazdo IEC, złącza wyzwalacza 12 V, szeroko rozstawione i łatwo dostępne zaciski głośnikowe oraz gniazdo Ethernet RJ45. Po podłączeniu urządzenia do routera lub przełącznika sieciowego panel dostępny przez przeglądarkę internetową pozwala śledzić parametry jego pracy, między innymi temperaturę, składową stałą na wyjściu, prąd spoczynkowy oraz stan wyzwalacza 12 V. Umożliwia również dostęp do ustawień wyświetlacza na przednim panelu i ich zmianę. Gdyby pojawił się problem, technicy D’Agostino w Arizonie będą mogli zdalnie sprawdzić działanie wzmacniacza i ustalić przyczynę usterki niezależnie od miejsca jego użytkowania – pod warunkiem że urządzenie pozostaje połączone z internetem.
Nowy, okrągły wskaźnik na przednim panelu, podświetlony łagodnym zielonym światłem, łączy analogową wskazówkę pokazującą moc wyjściową z umieszczonym w tle cyfrowym ekranem o wysokiej rozdzielczości. Całość prezentuje się niezwykle elegancko.
Instalacja monobloków i pierwsze odsłuchy
W instalacji urządzeń pomagał Josh Dellinger z firmy D’Agostino. Wzmacniacze ustawiono na platformach Stillpoints Component Stand SS, natomiast przedwzmacniacz spoczął na półce stolika HRS SXR. Odsłuchy rozpocząłem od połączenia przedwzmacniacza Audio Research Ref 20 z monoblokami Momentum Z, ponieważ właśnie z tego urządzenia wówczas korzystałem i przygotowywałem jego recenzję. Postanowiłem jednak nie opisywać tutaj tego zestawienia, ponieważ przedmiotem recenzji Ref 20 nie były wzmacniacze; przedwzmacniacz współpracował wówczas również z moimi referencyjnymi monoblokami darTZeel NHB-468.
Niniejsza recenzja dotyczy zatem dwóch urządzeń D’Agostino używanych razem. W poprzedniej pracy frustrowała mnie zasada nakazująca testowanie tylko jednego urządzenia naraz. Rozumiem jej sens. Co do zasady jest słuszna, ponieważ jeśli jednocześnie wymieni się więcej niż jeden element systemu, trudno jednoznacznie stwierdzić, co właściwie odpowiada za słyszane zmiany. Jak wielu nabywców tych wzmacniaczy zrezygnuje jednak z połączenia ich z przedwzmacniaczem C2Z? Albo z Relentless, którego D’Agostino właśnie wprowadził również w wersji „Z”? Obecnie większość klientów, zwłaszcza w segmencie luksusowym, wybiera przedwzmacniacz i końcówkę mocy tej samej marki, a niekiedy także przetwornik cyfrowo-analogowy oraz przedwzmacniacz gramofonowy.
Po ustawieniu przełącznika na tylnej ściance w pozycji włączonej wzmacniacz uruchamia się delikatnym naciśnięciem przycisku umieszczonego pod obudową, po prawej stronie ogromnego wskaźnika. Urządzenie budzi się do życia, a tarczę wskaźnika wypełnia łagodne, zielone światło. Wygląda to bardzo efektownie!
Podczas wieczornego przyjęcia w domu Dana, zorganizowanego po wydarzeniu w fabryce, panował zbyt duży hałas, by dokładnie ocenić brzmienie jego kolumn Wilson XVX. Przynajmniej w najniższych rejestrach można było jednak wyraźnie usłyszeć, że wzmacniacze i kolumny znakomicie ze sobą współpracują. Mimo imprezowego gwaru bas pozostawał doskonale kontrolowany, mocny i rytmiczny. Bez trudu można było śledzić jego przebieg, zamiast słyszeć typowe, falujące dudnienie.
Choć skuteczność kolumn XVX wynosi stosunkowo wysokie 92 dB/W/m, ich impedancja w większości pasma akustycznego mieści się w przedziale od 2 do 4 Ω, a w zakresie od około 300 do 340 Hz spada nawet do 1,5 Ω! Kolumny te wymagają więc wzmacniaczy zdolnych poradzić sobie z obciążeniem wynoszącym 2 Ω lub mniej. Im niższa jest impedancja, tym większą moc Momentum Z może oddać.
2 000 W przy 2 Ω? Można przypuszczać, że w połączeniu z kolumnami XVX sprawdzi się to znakomicie – i rzeczywiście tak było! Wzmacniacze narzuciły potężnym głośnikom niskotonowym żelazną dyscyplinę, a te posłusznie wykonywały każde polecenie. I to niezależnie od poziomu głośności.
Wyrafinowanie brzmienia i rytmiczna swoboda
Zapewnienie Dana, że wzmacniacze potrafią zachować rytmiczną czytelność muzyki nawet przy bardzo niskim poziomie głośności, nie było marketingową przesadą. Niedawno [zapowiedzieliśmy nowe nagranie Jima Andersona, wyprodukowane przez jego żonę Ulrike Schwarz](https://trackingangle.com/features/jim-pugh-and-anderson-audio-jim-and-ulrike-announce-new-american-symphonies) – pierwszą w historii rejestrację uznawanej przez lata za zaginioną symfonii puzonowej Roya Harrisa. Utwór powstał w 1938 roku z myślą o Tommym Dorseyu, lecz zrezygnowano wówczas z jego wykonania, ponieważ uznano go za zbyt trudny. Nagranie ukaże się w kilku formatach, między innymi jako plik w natywnym DSD oraz na płycie winylowej, ja natomiast otrzymałem do odsłuchu przedpremierowy plik PCM 88,2 kHz.
To znakomita realizacja, która za pośrednictwem tych wzmacniaczy brzmi równie dobrze przy wysokim poziomie ciśnienia akustycznego, odpowiadającym naturalnej skali instrumentów, jak podczas cichego, nocnego słuchania. Nie wiem, kto gra na kontrabasie, ponieważ nie podano jeszcze pełnej listy wykonawców, ale niezależnie od tego, czy jest to mężczyzna, czy kobieta, wzmacniacze zachowały naturalną barwę instrumentu i rytmiczną pewność zarówno przy niskim, jak i wysokim poziomie głośności. Przy ustawieniu przedwzmacniacza na około 15 w jego umownej skali, a także przy wartości 25, powyżej której nie chciałoby się już słuchać głośniej, zespół zachowywał pełną spójność przestrzenną, barwową i rytmiczną, a co najbardziej zaskakujące – również dynamiczną. Nie przywykłem do tego, by podczas cichego słuchania tracić tak niewiele. Wzmacniacze oddawały brzmienie puzonów i pozostałych instrumentów dętych blaszanych z bogactwem i szlachetnym połyskiem, ale również z właściwą im chropowatością. Nie wygładzały go ani nie nadawały mu „kremowego” charakteru, ponieważ blacha tak przecież nie brzmi.
Mam pokaźny zbiór niepublikowanych nagrań z konsolety, przekazanych mi pokątnie przez anonimowego darczyńcę. Niektóre są naprawdę dobre, inne nie. Sam nie wiem, ile razy słuchałem jednego z udanych nagrań koncertu Dylan and the Dead na stadionie Foxboro w 1987 roku – część tego materiału ukazała się później na albumie Dylan & the Dead. Niskie tony, zwłaszcza partia gitary basowej Phila Lesha, zawsze brzmiały na nim zaskakująco dobrze, lecz za pośrednictwem tych wzmacniaczy zyskały niespotykaną wcześniej potęgę i pewność. Bas pozostawał doskonale kontrolowany, a zarazem naturalny – bez przesadnego tłumienia ani nadmiernej „twardości”. Nigdy wcześniej nie słyszałem w tym nagraniu takiego ciężaru ani tak niskiego zejścia basu.
Próbując nadrobić zaległości w serii The Original Source, sięgnąłem po Kwartet smyczkowy cis-moll op. 131 Beethovena w wykonaniu 60-osobowej sekcji smyczkowej Filharmoników Wiedeńskich pod dyrekcją Leonarda Bernsteina (DGG 2531 077/4868738). Jedną ze zmian wprowadzonych w tej interpretacji było zdublowanie partii wiolonczel przez kontrabasy. Beethoven oczywiście nie przewidział w tym utworze kontrabasu, lecz dodatkowy ciężar, pojawiający się w chwilach wspólnej gry wiolonczel i kontrabasów, wnosił nieoczekiwane, wręcz namacalne emocje. W zamieszczonym poniżej materiale filmowym Bernstein zapowiada wykonanie koncertowe, również zarejestrowane przez inżynierów DGG na potrzeby tej płyty. Mówi, że gdyby po „dniu Sądu Ostatecznego” miało przetrwać tylko jedno spośród jego wykonań koncertowych, wybrałby właśnie to.Mam nadzieję, że uda się Państwu zdobyć egzemplarz, zanim cały nakład 4 000 sztuk zostanie wyprzedany. To wspaniałe, wyjątkowe wykonanie i nagranie, a zarazem niezwykle wymagający sprawdzian zdolności systemu audio do wiernego oddania barwy, faktury, przestrzeni i dynamiki licznego zespołu smyczkowego o zróżnicowanym składzie. Nawet jeśli kwartety smyczkowe w tradycyjnym składzie wydają się komuś nudne, ta interpretacja z pewnością taka nie jest!Dla wzmacniacza tranzystorowego niewiele zadań jest trudniejszych niż prawidłowe odtworzenie brzmienia dużej grupy smyczków. Czy możemy się z tym wszyscy zgodzić? Z jakiegoś powodu wzmacniacze lampowe radzą sobie z tym bez najmniejszego wysiłku. Niektóre konstrukcje tranzystorowe uzyskują „słodkie” brzmienie, łagodząc transjenty i gubiąc część szczegółów. Inne zachowują bogactwo detali, lecz dodają dźwiękowi twardości i ziarnistości. Są również takie, które radzą sobie z tym bez zarzutu, choć najbardziej zagorzali zwolennicy lamp twierdzą, że nie jest do tego zdolny żaden wzmacniacz tranzystorowy.To wydanie z serii The Original Source brzmi niezwykle naturalnie i znakomicie oddaje charakter wszystkich instrumentów smyczkowych. Ponieważ wzmacniacze te zachowują pełnię brzmienia zarówno przy niskim, jak i wysokim poziomie ciśnienia akustycznego, nawet podczas bardzo cichego słuchania można poczuć cały ciężar kontrabasów. Wystarczy zwiększyć głośność do poziomu odpowiadającego odsłuchowi z piątego rzędu pośrodku sali, aby dać się porwać majestatowi orkiestry smyczkowej. Gładkość i blask skrzypiec nie są okupione utratą szczegółów. Dźwięki pizzicato zaskakują realizmem oraz wiarygodnie oddanymi transjentami, a wokół instrumentów wyraźnie wyczuwa się akustykę sali. Można wręcz poczuć naprężanie strun.Nagranie to pokazało mi, że Momentum Z łączy potęgę z wyrafinowaniem na skrajach pasma, natomiast w zakresie średnich tonów oferuje bogatą strukturę harmoniczną i odpowiednie nasycenie. Nawet zagorzali miłośnicy lamp doceniliby brzmienie tych wzmacniaczy na tej płycie. Wystarczy zamknąć oczy, a jeśli źródło sygnału w systemie potrafi przekazać wszystkie informacje zapisane w nagraniu, można poczuć się jak w sali koncertowej – tuż przy orkiestrze, pośrodku widowni albo w dalszych rzędach. Wystarczy odpowiednio ustawić głośność: przy niskim poziomie ciśnienia akustycznego niczego nie ubywa, a przy wysokim nie pojawia się ostrość ani ziarnistość. Po zakończeniu odsłuchów do recenzji wróciłem do tej płyty wieczorem, aby raz jeszcze posłuchać jej wyłącznie dla przyjemności.Wiele osób wykorzystuje utwór Elvisa Presleya „Fever” z albumu Elvis Is Back! jako nagranie testowe ze względu na pstrykanie palcami, kontrabas i subtelną grę Buddy’ego Harmana na perkusji. Inne znakomite, świetnie zrealizowane utwory Elvisa to „Are You Lonesome Tonight?”, „Surrender”, „(Marie’s the Name) His Latest Flame” oraz „Little Sister” – czyli cała czwarta strona odtwarzanego z prędkością 45 obr./min albumu Elvis 24 Karat Hits! (Analogue Productions APP-2040). Choć jest to składanka, porównanie tych nagrań z dobrze zachowanymi oryginalnymi wydaniami nie wykazało żadnych różnic w ich równowadze tonalnej.Pierwszy utwór dobrze sprawdza sposób odtwarzania transjentów głosu. Elvis został nagrany z bardzo bliska, podobnie jak śpiewający cicho w prawym kanale The Jordanaires. Można wręcz usłyszeć ruch jego ust podczas wymawiania spółgłosek wybuchowych, na przykład „t” i „p” w zdaniu „is your heart filled with pain”, które wzmacniacze oddają z wyjątkową wyrazistością. Głos Elvisa jest precyzyjnie skupiony między kolumnami, a obfity, soczysty pogłos wyraźnie rozciąga się za nim. Za pośrednictwem tych wzmacniaczy cały utwór niemal wibruje, wywołując wrażenie obecności w studiu. Brzdąkanie Hanka Garlanda na gitarze akustycznej w lewym kanale brzmi tak czysto, subtelnie, a przede wszystkim swobodnie i zmysłowo, jak rzadko kiedy miałem okazję usłyszeć.W utworze „Surrender” w lewym kanale pojawiają się talerzyki palcowe, które wybrzmiewają niezwykle czysto, a ich rozmiary zostały oddane z idealną precyzją. W prawym kanale słychać natomiast blok akustyczny, który brzmi tak, jakby znajdował się w pokoju odsłuchowym. Po lewej stronie gitara Gibson z pudłem rezonansowym, na której gra Scotty Moore, wzbogaca fakturę tła. Towarzyszą jej soczyste brzmienie saksofonu Bootsa Randolpha oraz uporczywe – o ile się nie mylę – ósemki fortepianu Floyda Cramera. Każde uderzenie w klawisz ma pełny atak, podtrzymanie i wybrzmienie, zamiast brzmieć płasko, kartonowo i jednowymiarowo.Werbel i fortepian w „(Marie’s the Name) His Latest Flame” brzmiały spektakularnie! Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek słyszał te utwory w lepszym lub choćby równie dobrym wydaniu, zwłaszcza pod względem separacji instrumentów na studyjnie wykreowanej, trójwymiarowej scenie dźwiękowej. Ray Walker z The Jordanaires śpiewa w „Little Sister” dobrze znaną, głęboką partię basową, dublując głos Elvisa, lecz nigdy wcześniej jego obecność nie była tak namacalna – jak gdyby stał obok Presleya i śpiewał razem z nim! Odsłuch tej strony płyty był niezapomnianym przeżyciem, choć przecież słucham jej od lat.Zdolność wzmacniaczy do wydobywania najdrobniejszych szczegółów i ukazywania ich również przy niskim poziomie głośności sprawiała, że dobrze znane płyty nieustannie przynosiły niespodzianki. Odnosiłem wręcz wrażenie, że im ciszej słuchałem, tym więcej detali się ujawniało. Przykładem może być pierwsze niemieckie wydanie albumu Davida Bowiego Lodger (Bow LP1), prawdopodobnie najlepsze z dostępnych. Poszczególne elementy miksu zyskały na nim trójwymiarową wyrazistość, jakiej nigdy wcześniej w tym nagraniu nie doświadczyłem. Tom-tomy w „Move On” brzmiały natarczywie, ale miały też subtelnie oddaną fakturę i tworzyły tło dla głosu Bowiego, który z kolei był niezwykle trójwymiarowy i wiarygodny barwowo. Naprawdę nigdy wcześniej ta płyta nie dawała tak silnego wrażenia obecności w studiu. W „Yassassin” pojawia się chór śpiewający „Look at This” i po raz pierwszy wyraźnie rozpoznałem w nim głos Eno. Tony Visconti nie był zadowolony z pierwotnego miksu i w 2015 roku przygotował nowy z myślą o zestawie A New Career in a New Town (1977–1982). Cieszę się jednak, że zamieszczono w nim także wersję oryginalną, choć moim zdaniem całe wydawnictwo zostało skopane, a płytę Heroes trzeba było wymieniać. To właśnie pierwsze niemieckie tłoczenie jest wydaniem, które warto mieć.Większość słuchanych przeze mnie wzmacniaczy tranzystorowych – choć zdecydowanie nie wszystkie – należy do jednej z dwóch grup: brzmi miękko, słodko i naśladuje lampy albo prezentuje muzykę jak wykutą w stali – pełną szczegółów, wyrazistych transjentów wysokich tonów i imponującej szybkości, co początkowo ekscytuje, lecz z czasem zaczyna męczyć. Być może brak wyraźnego charakteru brzmieniowego Momentum Z wynika z połączenia tranzystorów polowych JFET i MOSFET oraz tranzystorów bipolarnych? Wzmacniacze z tranzystorami MOSFET zawsze wydawały mi się przesadnie gładkie, ale tutaj zdecydowanie nie ma o tym mowy. Te niewielkie monobloki napędzały potężne kolumny XVX co najmniej równie dobrze, jeśli nie lepiej niż moje znacznie droższe wzmacniacze referencyjne. Trudno mi jednoznacznie opisać ich „brzmienie”.
Przedwzmacniacz Momentum C2Z – prąd ma znaczenie
Litera „Z” dodana do oznaczenia C2 informuje, że kosztujący 65 000 dolarów Momentum C2Z został wyposażony w nowy stopień wyjściowy oparty na tranzystorach FET, zoptymalizowany pod kątem współpracy ze wzmacniaczem Momentum Z. Ulepszony układ, który właściciele pierwotnego modelu C2 mogą zamówić u swojego sprzedawcy, zaprojektowano tak, aby odpowiednio współpracował z wejściem wzmacniacza o niskiej impedancji. Pozwala to uzyskać większą wydajność prądową, lepsze odtwarzanie transjentów, szerszy zakres dynamiki, wyższą rozdzielczość, lepsze różnicowanie najdrobniejszych szczegółów oraz niższy poziom szumów. Jak niski? Po ustawieniu głośności na maksimum z kolumn dobiegała wyłącznie absolutna cisza – jak gdyby system był wyłączony, a nie pracował z pełnym wzmocnieniem.
Układ, „zainspirowany” flagowym, trzyczęściowym przedwzmacniaczem Relentless, wykorzystuje cztery tranzystory JFET pracujące w komplementarnej, różnicowej konfiguracji przeciwsobnej, zaprojektowanej z myślą o znacznym zwiększeniu impedancji wejściowej i obniżeniu poziomu szumów.
Urządzenie wyposażono w cztery wejścia – trzy zbalansowane i jedno niezbalansowane – a także regulatory niskich i wysokich tonów, które po wyłączeniu są całkowicie usuwane z toru sygnałowego. Niezależny wzmacniacz słuchawkowy zasila gniazdo ukryte za przesuwaną osłoną na przednim panelu. Podstawa, na której spoczywa główna obudowa, mieści zasilacz z dwoma wykonanymi na zamówienie transformatorami toroidalnymi – osobnym dla sekcji analogowej i cyfrowej – oraz układami tłumiącymi zakłócenia radiowe i kompensującymi nieprawidłowości napięcia sieciowego. Umieszczono w niej również duży, okrągły ekran, który wskazuje wybrane wejście i prezentuje dużymi cyframi aktualny poziom głośności. Połączenie z górną obudową zawierającą układy audio odbywa się za pośrednictwem blokowanego złącza 20-amperowego.
Opcjonalnego modułu DSM nie zamontowano w egzemplarzu dostarczonym do recenzji. Ten strumieniowy przetwornik cyfrowo-analogowy D’Agostino natywnie dekoduje sygnały PCM o rozdzielczości do 32 bitów i częstotliwości próbkowania 384 kHz oraz DSD do DSD256 (11,2 MHz). Za pośrednictwem aplikacji moduł obsługuje serwisy streamingowe wymagające abonamentu, takie jak Tidal, Qobuz i Spotify, a także funkcję Tidal Connect. Oferuje ponadto standardowe dekodowanie MQA i ma uzyskać certyfikat Roon Ready.
Okrągły pilot D’Agostino łączy się z urządzeniem przez Bluetooth. Obracanie jego zewnętrznego pierścienia pozwala zwiększać lub zmniejszać głośność. Naciśnięcie pilota umożliwia wybór wejścia, regulację balansu, włączenie korekcji barwy, odwrócenie polaryzacji absolutnej oraz zmianę ustawień przedniego panelu.
Instalacja i użytkowanie
Instalacja i obsługa okazały się bardzo proste. Przyzwyczajenie się do okrągłego pilota wymagało nieco czasu. Najlepiej używać suwakowego wyłącznika i wyłączać pilot, gdy nie jest używany, ponieważ pozostawienie go włączonego szybko wyczerpuje akumulator.
Układ elementów zarówno na przednim, jak i tylnym panelu jest przejrzysty, dzięki czemu podłączanie urządzenia i jego obsługa nie sprawiają trudności. W zależności od oświetlenia pomieszczenia odczytanie oznaczeń przycisków wyboru źródła może być jednak kłopotliwe. Owszem, szukam już dziury w całym, ale naprawdę trudno znaleźć tu choćby najmniejszą usterkę. Jedynie pilot bywał kapryśny, zwłaszcza gdy trzeba było szybko zmienić głośność, a zdążył przejść w tryb uśpienia, co zdarzało mu się regularnie. Ponadto, podobnie jak większość współczesnych przedwzmacniaczy i wzmacniaczy zintegrowanych, C2Z nie ma wyjścia magnetofonowego (tape out). Takiego wyjścia używam zwykle podczas przetwarzania sygnałów analogowych na postać cyfrową. Rozwiązaniem jest wyprowadzenie niezbalansowanego sygnału z przedwzmacniacza gramofonowego, który na co dzień pracuje w trybie zbalansowanym, i przesłanie go do przetwornika Lynx HiLo. Nie stanowi to większego problemu.
Poza tym zarówno codzienna obsługa przedwzmacniacza Momentum C2Z i wzmacniaczy Momentum Z, jak i odsłuchy były prawdziwą przyjemnością – jak zresztą powinno być w przypadku systemu kosztującego ponad 200 000 dolarów. Wzmacniacz słuchawkowy również dorównywał klasą pozostałym elementom zestawu. Czasami najprzyjemniejszą częścią recenzji jest zwrot testowanego urządzenia, nawet jeśli było ono dobre. Tym razem zdecydowanie tak nie było.
Jeszcze jedna uwaga, zanim przejdę do brzmienia. Tak, ten sprzęt jest kosztowny. Po opublikowaniu recenzji mojego drogiego przedwzmacniacza otrzymałem kiedyś wiadomość od czytelnika, który miał taki sam model. Był policjantem patrolującym ulice pobliskiego miasta. Napisał, że zawsze marzył o urządzeniu tej marki, dlatego zaczął odkładać pieniądze i oszczędzał, aż było go na nie stać. Jak widać, dla chcącego nic trudnego – choć od tej ceny można paść trupem.
Brzmienie
Przede wszystkim połączenie tych dwóch urządzeń zapewniło najczarniejsze tło, z jakim kiedykolwiek zetknąłem się w swoim systemie lub gdziekolwiek indziej. Ustawiłem głośność na maksimum i usłyszałem ciszę – taką, jaka panuje po wyciszeniu albo wyłączeniu urządzenia. Między innymi dlatego systemu można było słuchać z przyjemnością przy niższej niż zwykle głośności, nie tracąc niemal niczego z tego, co oferował po jej zwiększeniu.
Nie mogę mieć całkowitej pewności, ponieważ jednocześnie testowałem dwa nowe urządzenia w systemie – co przemawia za ocenianiem każdego z nich osobno. Biorąc jednak pod uwagę ciszę tła, przejrzystość, rozciągnięcie pasma oraz wszystkie cechy opisane wcześniej przy okazji wzmacniaczy, powiedziałbym, że C2Z zbliża się do majestatycznego, wprawiającego w osłupienie brzmienia modelu Relentless, choć nie dorównuje mu w pełni – i przy dwukrotnie niższej cenie trudno tego oczekiwać. Jeśli ktoś szuka przedwzmacniacza, który upiększa brzmienie własnym kolorytem lub nadaje mu efektowny, wypolerowany charakter, powinien rozejrzeć się gdzie indziej.
Podsumowanie
Niezależnie od tego, czy źródłem była płyta CD, serwis streamingowy czy winyl, zestaw Momentum C2Z i Momentum Z szczególnie imponował sposobem odtwarzania męskich głosów. Głosy Dylana, Leonarda Cohena i Elvisa Presleya rozpoznawało się natychmiast; każdy zachowywał własny, niepowtarzalny charakter, a wszystkie brzmiały spójnie i po prostu po ludzku. Największym zaskoczeniem przy przechodzeniu od jednej płyty do drugiej, od pliku do pliku i od jednego utworu w streamingu do następnego była właśnie ta ludzka prawdziwość głosów, a nie fakt, że każdy aspekt brzmienia oceniany przez audiofilów okazywał się znakomity.
Zestaw równie dobrze radził sobie z saksofonami tenorowymi – Joe Henderson na albumie Larry’ego Younga Unity wywołał we mnie równie silny przypływ emocji jak głos Bowiego na płycie Lodger. Niezapomniane okazało się także brzmienie wiolonczel zdublowanych kontrabasami w nagraniu Beethovena pod dyrekcją Bernsteina. Ten zakres częstotliwości był odtwarzany wyjątkowo dobrze niezależnie od materiału muzycznego. Czy mogło to mieć związek ze znakomitą kontrolą kolumn przez wzmacniacze właśnie w tym zakresie, w którym obciążenie staje się najbardziej wymagające – przy impedancji wynoszącej 1,5 Ω od 310 do 340 Hz? Za te pomiary dziękuję Johnowi Atkinsonowi, który wykonał je na potrzeby mojej recenzji kolumn XVX w „Stereophile”.
Takie spekulacje wpędzają mnie w kłopoty. Stosując inną metodę pomiarową (EPDR), JA napisał: „Obliczenie za pomocą arkusza programu Excel wartości EPDR – czyli obciążenia rezystancyjnego powodującego w stopniu wyjściowym wzmacniacza taką samą szczytową moc strat jak dana kolumna – wykazało, że XVX stanowią wyjątkowo wymagające obciążenie. Wartość EPDR spada poniżej 1,1 Ω w przedziałach od 52 do 66 Hz oraz od 197 do 287 Hz, osiągając minima wynoszące 0,91 Ω przy 450 Hz i 0,94 Ω przy 3 250 Hz”.
Moje referencyjne monobloki darTZeel, których produkcję już zakończono, bez trudu radzą sobie z obciążeniami wynoszącymi 2 Ω lub mniej. Być może jednak Momentum Z jeszcze skuteczniej radzi sobie z obciążeniami w tych zakresach, a niska impedancja pozwala mu oddać większą moc i lepiej kontrolować głośniki? Nie wiem. Wiem jedynie, że sposób, w jaki wzmacniacze panowały nad głośnikami niskotonowymi oraz przetwornikami odtwarzającymi dolną część średniego pasma, nadawał całemu obrazowi dźwiękowemu spójny, pełny i wolny od podbarwień fundament. Ani razu nie pomyślałem, że w którymkolwiek dobrze znanym nagraniu chciałbym czegoś więcej albo mniej. Od żadnego urządzenia audio nie można wymagać więcej.
Od mojej ostatniej recenzji wzmacniacza D’Agostino Master Audio Systems minęło wiele lat, trudno więc nazwać mnie bezkrytycznym miłośnikiem marki – choć słuchałem wielu jej konstrukcji w różnych miejscach na świecie, zarówno w systemach prezentowanych podczas wystaw, jak i w domowych instalacjach. Moim zdaniem Momentum Z jest najlepiej brzmiącym wzmacniaczem, jaki firma dotychczas stworzyła. Osiągnięcie tego poziomu zajęło jej 15 lat, ale warto było czekać! Kiedy zaś Dan zapowiedział kolejne modernizacje serii, stało się dla mnie jasne, że podziela tę opinię. Jeśli jest inaczej, z pewnością się o tym dowiem!



