Recenzja referencyjnego transportu plików audio klasy hi-end Oladra Presence w Hifi Statement
Autor i źródło recenzji: Wolfgang Kemper, Hifi Statement, sierpień 2026 r. Recenzję w oryginale można przeczytać TUTAJ.
Serwery i odtwarzacze strumieniowe Antipodes Audio są drogie. To żadna nowość. W zamian oferują jednak znakomitą jakość brzmienia. Moja przygoda z urządzeniami tej marki rozpoczęła się od modelu EX, później przyszedł czas na serię S, K50, a w końcu nawet na Oladrę G4. Teraz do testu trafiła najnowsza Oladra Presence.
Oladra Presence kosztuje aż 58 000 euro. Dla mnie byłby to właściwie wystarczający powód, aby w ogóle się nią nie zajmować. Zwyciężyły jednak ciekawość oraz sympatia do tej nowozelandzkiej manufaktury, wynikająca z wielu lat doświadczeń z jej urządzeniami. Już podczas pierwszej rozmowy Torsten Fink z firmy dystrybucyjnej audio agency nieco osłodził mi kwestię ceny, wyjaśniając, że przystępniejsza Oladra Sentia, kosztująca wciąż niemałe 35 000 euro, pod względem brzmienia ma niewiele ustępować modelowi Presence. Jako były właściciel Oladry G4 muszę jednak uczciwie zauważyć, że jej cena wynosiła 31 650 euro, a po uwzględnieniu obecnych realiów rynkowych kosztowałaby zapewne podobnie jak Sentia lub nawet więcej. Osoby, które nie mogą albo nie chcą pozwolić sobie na zakup żadnego z dwóch nowych modeli, być może znajdą odpowiednie dla siebie urządzenie Antipodes Audio wśród serwerów i odtwarzaczy muzycznych Kala 50 oraz Kala 20, które mają pojawić się w sprzedaży za kilka tygodni. Można się również spodziewać rozwoju interesującego rynku wtórnego dotychczasowych flagowych konstrukcji marki. Wraz z wprowadzeniem tych czterech modeli oferta została całkowicie odnowiona. Wszystkie urządzenia powstały według zbliżonych założeń konstrukcyjnych.
Zespół konstruktorów Antipodes Audio, kierowany przez założyciela firmy Marka Jenkinsa, nieustannie pracuje nad kolejnymi udoskonaleniami. Część z nich wprowadzana jest w formie aktualizacji oprogramowania, które dotychczas udostępniano bezpłatnie, co oczywiście cieszy właścicieli urządzeń. Jeśli natomiast zmiany obejmowały podzespoły, sprzęt można było wysłać do Nowej Zelandii i po wniesieniu stosownej opłaty otrzymać zmodernizowane urządzenie wraz z nowym okresem gwarancyjnym. Tak właśnie stało się z moją Oladrą, która po modernizacji stała się Oladrą G4. Cała procedura, łącznie z transportem, została zorganizowana wzorowo – jedynym moim zadaniem było zapakowanie urządzenia. Opisywałem wówczas tę modernizację (https://www.hifistatement.net/tests/item/3748-antipodes-audio-oladra-g4-upgrade).
Antipodes Audio jest niewielką manufakturą, która od 2009 roku zajmuje się tworzeniem znakomicie brzmiących serwerów muzycznych i odtwarzaczy strumieniowych. Firma produkowała przewody już od 2004 roku, jednak po pierwszych sukcesach cyfrowych źródeł sprzedała tę część działalności, aby całkowicie skoncentrować się na niezwykle złożonych zagadnieniach związanych z techniką cyfrową. Doskonale wiemy, jak trudne jest bezbłędne przetwarzanie zer i jedynek oraz jak łatwo wyczulony słuch wychwytuje nawet najmniejsze nieprawidłowości w taktowaniu i zgodności fazowej. Właśnie dlatego na rynku dostępna jest tak ogromna liczba specjalistycznych filtrów zewnętrznych, reklockerów i podobnych urządzeń.
Przez pewien czas w ramach serii S Antipodes Audio oferowało również osobne urządzenia, które można było łączyć w system zapewniający najwyższą jakość brzmienia. Zaletą takiego rozwiązania była możliwość stopniowego rozbudowywania i doskonalenia zestawu. Miało ono jednak również wady: wymagało zastosowania wielu obudów, które zwiększały koszty, zajmowały sporo miejsca i potrzebowały drogich przewodów zasilających. W tej klasie sprzętu nikt przecież nie zadowala się przewodami dołączonymi przez producenta. Zintegrowane konstrukcje wydają się więc znacznie atrakcyjniejsze.
Flagowy K50 mieścił w jednej obudowie osobne moduły komputerowe przeznaczone dla serwera i odtwarzacza. Rozwiązanie to udoskonalono później w modelach Oladra, przede wszystkim w zakresie zasilania. Początkowo Antipodes Audio korzystało z modułów komputerowych kupowanych od Intela, które następnie niezwykle starannie dostrajano i przystosowywano do zastosowań audio, ograniczając szum cyfrowy oraz wpływ zakłóceń. Koncepcja ta sprawdziła się pod względem brzmieniowym, zdobyła międzynarodowe uznanie i przyniosła firmie wiele nagród.
Mark Jenkins, Mark Cole oraz kolejne twórcze umysły pracujące na nowozelandzkim wybrzeżu Kāpiti nie ustawali w badaniach i testach. Obecnie Greg Bauer jest głównym inżynierem odpowiedzialnym za konstrukcję sprzętową modeli Oladra, natomiast Prince Pablo kieruje rozwojem oprogramowania, systemów i infrastruktury.
Podczas wystawy High End 2024 dowiedziałem się, że na kolejny rok planowana jest premiera nowego flagowego modelu. Wspaniale – właśnie wydałem kilka tysięcy euro na modernizację Oladry do wersji G4 i byłem bardzo zadowolony z jej brzmienia. Tyle że wcześniej równie usatysfakcjonowany byłem zarówno modelem K50, jak i pierwszą Oladrą. Ku mojej radości w 2025 roku nic się jednak nie wydarzyło. Zwracał natomiast uwagę brak kolejnych aktualizacji oprogramowania. Wyglądało na to, że konstrukcja Oladry G4 osiągnęła już pełną dojrzałość.
Tymczasem w Nowej Zelandii pracowano nad zupełnie nową architekturą techniczną. W związku z opracowaniem nowej koncepcji przeprowadzono reorganizację Antipodes Audio, a Oladra stała się nazwą marki obejmującej nowe flagowe modele Presence i Sentia. Na stronie internetowej Antipodes Audio stojąca za nimi idea została ujęta w piękny, poetycki sposób. W wolnym przekładzie brzmi to mniej więcej tak:
„Cyfrowa technika audio przeszła ogromną ewolucję. Dzisiejsze systemy generują mniej szumu. Są bardziej precyzyjne. Łatwiejsze w obsłudze. A jednak coś istotnego wciąż pozostaje poza naszym zasięgiem. Muzyka może brzmieć imponująco, lecz nie przykuwać uwagi. Może być przejrzysta, ale nie porywać. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu, a jednak nie porusza do głębi – brakuje tego pierwiastka, który przyciąga uwagę i budzi pragnienie, by zostać na dłużej. Kiedy jednak nadchodzi właściwa chwila, nie sposób jej pomylić z żadną inną. Nie zawsze można ją usłyszeć, ale czuje się ją głęboko w sobie. To poczucie obecności. Moment, w którym muzyka przestaje domagać się oceny i po prostu wciąga słuchacza w swój świat. Właśnie dlatego powstała Oladra. To właśnie dlatego w ogóle słuchamy muzyki.”
W Antipodes Audio prawidłowe zależności czasowe uznaje się za warunek niezbędny do uzyskania muzykalnego brzmienia. Jeśli przepływ danych nie zachowuje właściwej synchronizacji, powstają nieodwracalne błędy i bezpowrotnie tracona jest część informacji wpływających na jakość dźwięku. Zdaniem producenta logiczne jest więc uznanie oceny odsłuchowej za ważniejszą od nawet bezbłędnych wyników pomiarów, ponieważ możliwości pomiarowe mają swoje ograniczenia. To doskonale znany temat, którego technokraci niechętnie przyjmują do wiadomości, a niekiedy całkowicie go ignorują.
Jak przekonują konstruktorzy z Nowej Zelandii, Oladra rozwiązuje problem prawidłowego przesyłania i przetwarzania cyfrowego sygnału muzycznego już u samego źródła. Jest specjalnie zaprojektowanym komputerem audio, pomyślanym jako kompletny system – począwszy od jego rdzenia, przez zasilanie i uziemienie, aż po odprowadzanie ciepła, rozmieszczenie podzespołów oraz wyjścia cyfrowe. Takie podejście pozwala ograniczyć konieczność późniejszego korygowania sygnału.
Obudowa Oladry Presence jest w dużej mierze taka sama jak w poprzednich modelach Oladra, ale została poszerzona o 4,5 cm. Zupełnie inaczej wygląda natomiast tylna ścianka, a kilka zmian stylistycznych wprowadzono także na froncie. Masywną, znakomicie wykonaną obudowę wycięto z jednego bloku materiału. Osobnym elementem jest jedynie spód, mocowany dwunastoma śrubami i łatwy do zdjęcia. Znajdują się w nim otwory wentylacyjne oraz trzy przykręcone nóżki IsoAcoustics. Z mojego doświadczenia wynika, że elementy tej marki sprzyjają między innymi większej otwartości i swobodzie brzmienia.
Po zajrzeniu do wnętrza Presence od razu staje się jasne, jak Mark Jenkins i jego zespół konstruktorów rozumieją zasadę „mniej znaczy więcej”. Kto spodziewa się bogato wyposażonego wnętrza, przypominającego konstrukcję modelu K50, będzie zaskoczony. Już Oladra wyróżniała się oszczędną budową, ale w modelu Presence Nowozelandczycy doprowadzili purystyczną koncepcję do perfekcji. Nie ma tu miejsca na zbędne podzespoły, dodatkowe płytki drukowane ani funkcje zwiększające wygodę obsługi, które nie służą poprawie brzmienia. To purystyczne podejście widać tu w najczystszej postaci.
Elektryczną podstawę urządzenia stanowi rozbudowany, solidny układ zasilania o dużej wydajności. Sam zasilacz przyjmuje napięcie wejściowe od 80 do 305 V, a jego plastikową obudowę wypełniono silikonem. Rozwiązanie to ułatwia odprowadzanie ciepła i eliminuje drgania. Według producenta sprawność zasilacza wynosi 93 procent, natomiast pobór mocy bez obciążenia nie przekracza 0,21 W.
Układ zasilania stanowi pierwszy filar koncepcji Oladra. Kolejnymi są jednostka obliczeniowa, środowisko programowe oraz wyjście cyfrowe. Ta pozornie prosta architektura została bardzo starannie przemyślana. Rezygnacja ze wszystkiego, co zbędne, jest w pełni zamierzona i podporządkowana wyłącznie jakości odtwarzania muzyki.
Wysoka cena Oladry Presence nie znajduje odzwierciedlenia w ilości wykorzystanych materiałów. Wynika przede wszystkim z nakładu pracy konstruktorów, staranności wykonania oraz doboru podzespołów. Należą do nich również dwa wyselekcjonowane dyski Samsunga. Jeden z nich, o pojemności czterech terabajtów, służy do przechowywania plików muzycznych, natomiast na drugim zainstalowano system operacyjny.
Front urządzenia podoba mi się bardziej niż w Oladrze G4, ponieważ duży i delikatny plastikowy przycisk zasilania zastąpiono mniejszym, zapewniającym przyjemną i wyraźnie wyczuwalną reakcję na naciśnięcie. Warto wiedzieć, że tuż po uruchomieniu Presence początkowo nie daje żadnych oznak działania. Można wręcz pomyśleć, że zapomniało się podłączyć przewód zasilający. Dopiero po pewnym czasie dioda zaczyna migać, a po kolejnej chwili świeci już na niebiesko delikatnym, ciągłym światłem. Oznacza to, że urządzenie prawidłowo połączyło się z routerem oraz przetwornikiem cyfrowo-analogowym, który należy wcześniej włączyć. Jeśli światło okaże się uciążliwe, diodę można wyłączyć przyciskiem umieszczonym po lewej stronie paska symboli.
Podczas wyłączania Presence niebieska dioda miga, a po zakończeniu całej procedury zapala się na stałe czerwona. Świeci ona do chwili całkowitego odłączenia urządzenia od zasilania za pomocą wyłącznika umieszczonego na tylnej ściance.
Również tył Presence bezkompromisowo podporządkowano zasadzie „mniej znaczy więcej”. Zamiast bogatego zestawu złączy znanego z wcześniejszych modeli Oladra znajdziemy tu tylko gniazdo Ethernet – sieć Wi-Fi nie wchodzi w grę w tak purystycznej konstrukcji – port USB-A do podłączenia zewnętrznego nośnika danych, serwisowe złącze HDMI oraz wyjście USB-A prowadzące do przetwornika cyfrowo-analogowego. Poza gniazdem bananowym uziemienia to już wszystko.
Moduł wyjściowy USB przykręcono do tylnej ścianki, aby w przyszłości można go było zastąpić innym, obecnie jeszcze niedostępnym wariantem. Antipodes zapowiada opcjonalne moduły łączące USB z wyjściem S/PDIF na złączu BNC lub RCA, a także USB z AES/EBU. Ograniczenie liczby wyjść do jednego portu USB – najpopularniejszego i najbardziej uniwersalnego sposobu łączenia transportu z przetwornikiem – jest przejawem konsekwentnego minimalizmu. Pozwala uniknąć wszelkiego rodzaju zakłóceń przenikających przez nieużywane złącza. Już w przypadku Oladry G4 praktycznie nie słyszałem różnicy między USB a preferowanym przeze mnie, lecz niestandaryzowanym połączeniem I²S.
Dwa gniazda SATA umożliwiają rozbudowę wewnętrznej pamięci przeznaczonej na pliki muzyczne do imponujących 20 terabajtów.
Odsłuch
Zanim przejdę do opisu brzmienia, jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Na początku kwietnia dowiedziałem się o dwóch nowych flagowych modelach, których dostawę Torsten Fink zapowiedział na pierwszą połowę maja. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego szybko znalazłem kupca na swoją Oladrę. W ofercie firmy Cayin odkryłem transport CD (https://www.hifistatement.net/tests/item/4291-cayin-pearl-30d-und-pearl-30c), z którym nie chciałem się już rozstawać, a który pod względem brzmienia przewyższał Oladrę. Oczywiście do odtwarzania plików wysokiej rozdzielczości nadal potrzebuję serwera i odtwarzacza, ale zgrywanie płyt CD nagle przestało mieć znaczenie. Dlatego punktem odniesienia w tym teście będzie również Cayin Pearl 30 C.
Jest jeszcze jedna kwestia, którą uważam za konieczną do omówienia: współpraca serwera i odtwarzacza muzycznego – w tym przypadku Oladry Presence – z oprogramowaniem takim jak Roon, Audirvana, HQPlayer, JPLAY czy Squeeze, noszącym obecnie nazwę Lyrion. Z rozmów z innymi recenzentami wiem, że nie każde urządzenie równie dobrze współpracuje z każdym programem. W przeszłości Antipodes Audio preferowało Squeeze, o czym kilka lat temu powiedział mi Mark Jenkins. Stawia to użytkowników przed dylematem, ponieważ Roon przyzwyczaił nas do znacznie bogatszego i bardziej przejrzystego interfejsu niż dość podstawowy Squeeze. Również Audirvana i JPLAY zapewniają wygodniejszą obsługę oraz dostęp do większej ilości informacji.
Z tego, co wiem, Antipodes Audio jest jedynym producentem umożliwiającym korzystanie na jednym urządzeniu z Roona, Lyriona oraz DLNA współpracującego z MinimServerem. Nowa aplikacja Oladra Play, dostępna na urządzenia z systemami Android, Apple i Windows, pozwala przełączać się między tymi rozwiązaniami. Nie odbywa się to natychmiast, ale nie zajmuje wiele czasu, a cała procedura jest prosta. Użytkownik otrzymuje więc pełną swobodę wyboru.
Z Oladrą G4 zawsze korzystałem z Roona, również dlatego, że w moim systemie JPLAY brzmiał dla mnie i innych słuchaczy zbyt jasno. Squeeze, a później Lyriona, nie używałem podczas testów, ponieważ z tego oprogramowania korzysta niewielu czytelników. Presence skłonił mnie jednak do ponownego porównania wszystkich trzech możliwości. Wielokrotnie odsłuchiwałem wiele utworów reprezentujących różne gatunki i doszedłem do następującego wniosku: na tle Lyriona i JPLAY-a Roon nie prezentuje się najlepiej. Oferuje mniejszą rozdzielczość i brzmi mniej żywo. Po dłuższym słuchaniu za pośrednictwem JPLAY-a lub Lyriona powrót do Roona oznacza wyraźny spadek jakości. W zestawieniu z tymi dwiema alternatywami jego brzmienie wydaje się wręcz nudne.
Największe wrażenie zrobił na mnie Lyrion, który znakomicie oddaje napięcie i dramaturgię muzyki. Jego przewaga nad JPLAY-em była szczególnie wyraźna podczas słuchania koncertowego albumu Lhasy de Seli Live in Reykjavik. Obecność wokalistki, jej artykulację, atmosferę wydarzenia oraz reakcje publiczności Lyrion przekazywał w niezwykle angażujący sposób. Fascynująco zabrzmiały nawet tak stare nagrania jak Aftermath The Rolling Stones, mimo charakterystycznego dla tamtych czasów, fatalnego rozmieszczenia dźwięków skrajnie po lewej i prawej stronie. Każdy ton miał wyjątkowo namacalną postać, intensywną barwę i wyraźnie zarysowane kontury. Przy takim brzmieniu nogi same zaczynały wystukiwać rytm.
JPLAY w niektórych nagraniach przekonywał natomiast większym spokojem i bardziej wysmakowanym brzmieniem. Za jego pośrednictwem bardziej podobał mi się koncertowy album The „In” Crowd Ramsey Lewis Trio. Lyrion nieco zbyt mocno nasycał tutaj niższy zakres średnicy, przez co JPLAY wydawał się odrobinę żywszy. Pod względem odwzorowania przestrzeni Presence w pełni przekonuje jednak także z Roonem. Głosy i instrumenty były znakomicie rozmieszczone na kolejnych planach rozległej sceny, zachowywały stabilne położenie i w żaden sposób nie pozostawały przywiązane do głośników – perfekcja!
Ponieważ wcześniejsze porównanie Oladry G4 z transportem Cayin Pearl 30 C przeprowadzałem z użyciem Roona, tym razem również zaczynam od tego programu. Oladrę Presence i transport CD Cayina łączę odpowiednio przewodami Habst USB oraz AES/EBU o takiej samej charakterystyce brzmieniowej, aby wykluczyć wpływ okablowania na wynik porównania.
Już podczas słuchania pierwszej płyty – Piano Quartet op. 47 Roberta Schumanna w wykonaniu Auryn Quartet, wydanej przez Tacet – wyraźnie słyszę, jak ogromny postęp w stosunku do Oladry G4 reprezentuje Presence. Cayin Pearl nadal zachowuje niewielką przewagę, ale różnice zmalały niemal do zera. G4 odtwarzał ten materiał stosunkowo twardo i nie potrafił wzbudzić większych emocji, natomiast Presence urzeka bogactwem barw oraz porywającą interpretacją.
Sytuacja zmienia się całkowicie po przejściu z Roona na JPLAY. Wówczas Cayin pozostaje w tyle, ponieważ Presence wydobywa jeszcze więcej subtelnych informacji i przedstawia muzykę w bardziej pasjonujący sposób. Gra teraz żywiej, a zarazem piękniej. Dokładnie takie same wrażenia przynosi odsłuch The „In” Crowd Ramsey Lewis Trio. Presence jest mistrzem rytmu. Niemal zmusza do wystukiwania go stopą i zapewnia porywające, niezwykle intensywne przeżycie muzyczne. Zadziwiające, jak dobrze brzmi teraz JPLAY – zupełnie inaczej i znacznie bardziej przekonująco niż z Oladrą G4.
Lyrion idzie jeszcze dalej i w przypadku wielu utworów dostarcza jeszcze więcej emocji. Szczegóły są wyraźniej zarysowane i pozwalają głębiej wniknąć w muzykę. Oczywiście JPLAY również ich nie pomija, ale Lyrion przekazuje te niuanse z większą precyzją i swobodą.
Także rockowe nagrania, takie jak Free Live, brzmią niezwykle porywająco. Perkusja ma potężną siłę, choć jest mniej mięsista niż za pośrednictwem Cayina. Ten ostatni dodaje jednak od siebie nieco własnego charakteru i zbyt mocno pogrubia niższą średnicę.
Można oczywiście zarzucić, że mój test jest nieco jednostronny, ponieważ przetwornik cyfrowo-analogowy kosztujący nieco ponad 6000 euro nie jest odpowiednim partnerem dla Presence i nie pozwala w pełni ujawnić jego możliwości. Przyjmuję ten argument. Mój przyjaciel T. kupił niedawno przetwornik Lampizator Horizon 360X, który współpracuje u niego z serwerem muzycznym Lampizator Gulfstream obsługującym Roona. W jego przypadku problem jest więc raczej odwrotny i T. z przyjemnością zgadza się wypróbować Oladrę Presence z Horizonem.
Jego niezwykle rozbudowany system, obejmujący samodzielnie wykonane kolumny z głośnikami ze wzbudzeniem elektromagnetycznym, wzorowane na konstrukcjach Wolfa von Langi, oraz cztery repliki Klipschornów odtwarzające najniższy bas, został precyzyjnie dostrojony do źródła Gulfstream z Roonem. Mimo to Oladra Presence bardzo szybko udowadnia swoją przewagę. Już z Roonem słyszymy wyższą rozdzielczość, szczególnie w brzmieniu instrumentów akustycznych, głosów solowych oraz chóru, między innymi w Giustino Händla. Nagranie zyskuje również większą głębię przestrzenną, a znakomite wyczucie czasu Presence nadaje muzyce żywość i rytmiczną swobodę.
Przejście z Roona na Lyriona przynosi wyraźną zmianę, która nie zawsze okazuje się poprawą. „You Look Good to Me” z albumu Oscar Peterson Trio We Get Requests brzmi bardziej przekonująco z Roonem. Kontrabas Raya Browna zyskuje bardziej trójwymiarową postać. Największy zachwyt budzi jednak fortepian, odtworzony tak autentycznie, że niemal widzę czarną, lakierowaną pokrywę instrumentu. Tego utworu, który od 50 lat regularnie wykorzystuję podczas testów, nigdy wcześniej nie słyszałem w takiej formie – nawet w znacznie droższych systemach. Wyglądało więc na to, że dzięki starannemu dostrojeniu zestawu T. optymalnie wykorzystał możliwości Roona.
Kiedy jednak włączyliśmy JPLAY, pozostałe rozwiązania natychmiast zeszły na dalszy plan. W Giustino głosy nabrały wspaniałej, namacalnej postaci, a smyczki zabrzmiały delikatniej i bardziej jedwabiście. Do wyjątkowej rozdzielczości Presence dołączyło naturalne bogactwo dźwięku, które mój przyjaciel skomentował jednym słowem: „niewiarygodne”. Dzieło Händla zabrzmiało zdumiewająco szczegółowo, a jednocześnie spójnie i niezwykle pięknie.
Wprawdzie w „You Look Good to Me” kontrabas Raya Browna nie był już tak drapieżny i potężny, ale spośród wielu przesłuchanych utworów tylko w tym przypadku Roon okazał się bezkonkurencyjny. Gitara basowa na albumie Lee Ritenoura Rio brzmiała bowiem z JPLAY-em znacznie bardziej wiarygodnie i miała wyraźniej zarysowane kontury. Z Roonem była po prostu zbyt masywna, przez co w „Rio Funk” zaburzała równowagę tonalną.
W tym systemie JPLAY współpracujący z MinimServerem okazał się optymalnym rozwiązaniem. Możliwość wyboru spośród kilku odpowiednio dopasowanych programów serwerowych i odtwarzających, dostępnych w każdej chwili za pośrednictwem aplikacji Antipodes Audio, także tutaj okazała się ogromną zaletą.
Podsumowanie
Pozwolę sobie podsumować moje wrażenia następująco: skoro Oladra G4 kosztowała ponad 30 000 euro, dopłatę do Oladry Presence uważam nie tylko za uzasadnioną, lecz także uczciwie skalkulowaną. Przemawia za tym minimalistyczna, konsekwentna i precyzyjnie dopracowana koncepcja urządzenia. Zalety tak kompleksowego podejścia potwierdziła również krótka i – przyznaję – mało praktyczna próba przeprowadzona ponownie w moim systemie. Wykorzystałem wówczas Presence wyłącznie jako serwer, natomiast Eversolo T8 pełnił funkcję odtwarzacza obsługującego Lyriona. Rezultat brzmieniowy był nieporównanie słabszy niż wtedy, gdy Presence pracował jako kompletne, wewnętrznie spójne źródło.