Recenzja przetwornika cyfrowo-analogowego dual mono Bricasti M11 R-2R Classic w HiFi Plus

Autor i źródło recenzji: Jason Kennedy, HiFi Plus, styczeń 2026 r.
Oryginał można przeczytać TUTAJ.
Produkty Bricasti wyraźnie nawiązują stylistyką do urządzeń marki Mark Levinson z okresu jej przynależności do Madrigal Labs. Czarno-srebrna estetyka oraz powściągliwe, a zarazem dopracowane wykończenie rzeczywiście przywodzą na myśl tamte konstrukcje. Podobieństwo nie jest przypadkowe – za obydwoma liniami produktowymi stoją ci sami ludzie: Brian Zolner i Casey Dowdell, wcześniej związani z Madrigal, a dziś prowadzący własną firmę, konsekwentnie realizującą tę samą filozofię projektową. W ofercie znajdują się zarówno urządzenia analogowe, jak i cyfrowe – kierowane do rynku profesjonalnego oraz konsumenckiego – w tym rozbudowana gama potężnych wzmacniaczy oraz stale poszerzana linia przetworników cyfrowo-analogowych.
Na szczycie tej hierarchii przetworników znajduje się flagowy model M21 Stereo. Konstrukcja ta oferuje użytkownikowi wybór spośród trzech odmiennych architektur konwersji: Delta-Sigma, natywnego DSD oraz drabinki rezystorowej R-2R. To ambitne i rzadko spotykane podejście, mające zaspokoić oczekiwania nawet najbardziej wymagających melomanów, wiąże się jednak z ceną przekraczającą poziom 20 000 funtów.
Model Bricasti M11 R-2R Classic stanowi przystępniejszą cenowo propozycję. Wykorzystuje moduł drabinkowego przetwornika R-2R znany z M21, umieszczony w smuklejszej obudowie, oferując przy tym niemal równie bogaty zestaw wejść i funkcji. Co istotne, pod względem dostępnych złączy nie znajdziemy żadnych różnic zewnętrznych – można wręcz przypuszczać, że zastosowano bardzo zbliżoną, jeśli nie tę samą, płytkę wejściową.
Przetworniki typu R-2R, czyli oparte na drabince rezystorowej, to konstrukcje dyskretne, które święciły triumfy w latach dziewięćdziesiątych – zanim architektura Delta-Sigma zdominowała świat pomiarów i tabel specyfikacyjnych. Wczesne przetworniki drabinkowe oferowały maksymalnie 14-bitową rozdzielczość, podczas gdy współczesne układy Delta-Sigma bez trudu osiągają poziom 32 bitów, wygrywając tym samym wyścig na parametry katalogowe.
Mimo to zawsze istniała grupa producentów i entuzjastów, którzy cenili unikatowe walory brzmieniowe konstrukcji R-2R – w szczególności sposób oddania rytmu i mikrodynamiki, przywodzący na myśl naturalność źródeł analogowych. To właśnie ta specyficzna spójność czasowa i organiczny charakter dźwięku sprawiają, że przetworniki drabinkowe wciąż mają swoich zagorzałych zwolenników.
Zespół Bricasti twierdzi, że kilka lat temu dokonał istotnego przełomu, który pozwolił opracować przetwornik drabinkowy zdolny do pracy z efektywną rozdzielczością sięgającą 20 bitów. Szczegóły rozwiązania pozostają tajemnicą producenta, jednak same deklarowane parametry sugerują, że mamy do czynienia z konstrukcją dopracowaną w najmniejszych detalach.
Przetwornik obsługuje sygnał PCM o częstotliwości próbkowania do 384 kHz poprzez wejście USB. W przypadku sygnału DSD – przy wykorzystaniu opcjonalnego modułu sieciowego – dostępne są nieco niższe częstotliwości. Producent oferuje także drugie wejście opcjonalne: interfejs I²S, przeznaczony do współpracy z transportem Bricasti M19 SACD/CD.
W pełni zbalansowana konstrukcja
Bricasti M11 R-2R Classic to w pełni różnicowy przetwornik pracujący w układzie dual mono. Na pokładzie znajdziemy zarówno zbalansowane wyjścia analogowe (XLR), jak i wyjścia niezbalansowane (RCA). Po aktywowaniu w menu funkcji cyfrowej regulacji głośności urządzenie może zostać podłączone bezpośrednio do końcówki mocy, z pominięciem przedwzmacniacza liniowego.
Choć przetwornik standardowo wyposażony jest w pilot zdalnego sterowania, testowany egzemplarz przedprodukcyjny dotarł bez niego, dlatego tej funkcjonalności nie miałem okazji sprawdzić w praktyce.
Do dyspozycji użytkownika oddano cztery charakterystyki filtrów cyfrowych: dwie o liniowej fazie oraz dwie o minimalnej fazie. Mając wcześniejsze doświadczenia z szerszym zestawem filtrów w innym modelu Bricasti, zdecydowałem się na filtr minimum phase 1 o nieco łagodniejszym zboczu w zakresie najwyższych częstotliwości. W praktyce oznacza to obniżenie częstotliwości granicznej o około 500 Hz, wzrost pofalowania w paśmie przepustowym o 0,003 dB, zmniejszenie tłumienia w paśmie zaporowym o 8 dB oraz redukcję opóźnienia maksymalnie o pół milisekundy.
Różnice pomiarowe są zatem śladowe, a jednak subiektywnie ten wariant prezentował się nieco atrakcyjniej – trudno uchwytnie, lecz konsekwentnie bardziej przekonująco w odbiorze.
Zestaw wejść cyfrowych obejmuje wszystkie standardowo spotykane interfejsy, w tym rzadziej dziś stosowane AES/EBU realizowane na złączu XLR, a także wspomniane wcześniej wejście sieciowe Ethernet na gnieździe RJ45. To ostatnie – w wersji opcjonalnej – przekształca M11 w pełnoprawny odtwarzacz strumieniowy, obsługiwany za pośrednictwem aplikacji firm trzecich, takich jak Roon, JRiver, Audirvana czy – w moim przypadku – JPlay.
Opcjonalny moduł sieciowy wyceniono na 1 350 funtów. W kontekście kosztu wysokiej klasy transportu plików – nawet pozbawionego wbudowanego przetwornika C/A – trudno uznać tę kwotę za wygórowaną. Co więcej, takie rozwiązanie eliminuje konieczność stosowania dodatkowego łącza cyfrowego, którego cena w systemie tej klasy potrafi dorównać wartości samego modułu.
Podwójna precyzja taktowania
Wyświetlacz oraz towarzyszące mu przyciski umożliwiają również odwrócenie polaryzacji sygnału oraz zmianę nazw wejść – do wyboru mamy listę predefiniowanych określeń obok fabrycznych oznaczeń, takich jak USB, SPDIF czy LAN.
W modelu M11 – podobnie jak w droższym M21 – nie przewidziano złącza zewnętrznego zegara. Bricasti przykłada jednak ogromną wagę do kwestii synchronizacji i deklaruje, że wewnętrzna architektura taktowania została dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Sygnał zegara generowany jest bezpośrednio przy każdym przetworniku C/A; w praktyce oznacza to, że każda połówka układu dual mono dysponuje własnym, niezależnym obwodem taktującym. Zapewnia on możliwie najkrótszą ścieżkę sygnału do kości przetwornika firmy Analog Devices, a całość pozostaje zsynchronizowana przez procesor SHARC DSP. Według producenta takie rozwiązanie pozwala zredukować jitter indukowany zegarem do poziomu niemierzalnego.
Podczas testów korzystałem z różnych źródeł: transportu strumieniowego Lumin U2 Mini w wersji modyfikowanej przez Network Acoustics, a także serwerów/streamerów Melco N1 oraz Xact S1 Evo. M11 bardzo wyraźnie różnicował ich charakter brzmieniowy, zachowując przy tym konsekwentnie wysoki poziom prezentacji – zmieniały się jedynie niuanse i stopień „wielkości” brzmienia.
Płynność
Najbardziej konsekwentnie odczuwalną cechą brzmienia była muzyczna płynność. Ten przetwornik imponuje wyczuciem rytmu i proporcji czasowych, dzięki czemu różne gatunki muzyki zachowują jednocześnie ekspresję i spójność. Dźwięk swobodnie rozwija się zarówno pod względem barwy, jak i dynamiki – bez poczucia kompresji czy ograniczeń. Sposób, w jaki Bricasti buduje przekaz, daje wrażenie pełnej swobody oddechu.
Przede wszystkim uwagę zwraca brak ziarnistości na krawędziach ataku, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu szczegółowości. Można niemal „zajrzeć” w głąb nagrania i wychwycić najcichsze niuanse, które w wielu systemach giną pod naporem pierwszoplanowych partii wokalu czy instrumentu prowadzącego. To efekt wyjątkowo czystego tła oraz precyzyjnie definiowanych początków i wybrzmień dźwięków.
Rozmycie konturów – zarówno w fazie narastania, jak i wygaszania – to zjawisko częste w wielu komponentach audio. Nie musi ono przekreślać przyjemności słuchania, jednak sprawia, że odbiór staje się mniej naturalny i mniej swobodny. Mózg musi wówczas intensywniej pracować, by śledzić momenty rozpoczęcia i zakończenia dźwięków oraz ich wzajemne relacje. W przypadku M11 ten wysiłek zostaje zminimalizowany – muzyka płynie w sposób organiczny i niewymuszony.
Słuchać dłużej
Sprawdziłem zarówno połączenie USB, jak i AES/EBU. W większości przypadków interfejs AES/EBU dawał nieco bardziej wciągające rezultaty, jednak Xact S1 Evo potrafił przebić konkurentów, korzystając wyłącznie z USB. Wniosek nasuwa się sam: większe znaczenie niż sam standard połączenia ma klasa źródła.
Niemal w każdym przypadku szczególnie przekonująco wypadały wokale. M11 oferuje naturalność barwy, która w odniesieniu do najbardziej emocjonalnego z „instrumentów” potrafi być wręcz uwodzicielska. Sięgałem po różnorodny repertuar – od Mari Boine, przez The Weather Station, po utwór „You Look Like Rain” zespołu Morphine – i za każdym razem przekaz niósł wyraźny ładunek emocjonalny, wypełniając pomieszczenie namacalną obecnością wykonawców. To brzmienie, którego chce się słuchać coraz dłużej.
Bricasti nie narzuca własnej sygnatury tonalnej; to urządzenie w najlepszym znaczeniu tego słowa neutralne, pozwalające wybrzmieć istocie nagrania. Sporadycznie można odnieść wrażenie lekkiego uprzywilejowania średnicy, jednak bezpośrednie porównania z innymi przetwornikami szybko pokazują, że to raczej one są w większym stopniu „strojonymi” konstrukcjami, podczas gdy M11 pozostaje wierny materiałowi źródłowemu.
To niezwykle cenna cecha – o ile nie zostanie błędnie zinterpretowana jako szarość czy brak wyrazu. Bricasti M11 R-2R Classic nie brzmi ani matowo, ani zachowawczo. Jest po prostu wyjątkowo przejrzysty wobec materiału źródłowego, przekazując pełnię barw, nasycenie harmoniczne i blask każdej realizacji.
Szczególnie wiele przyjemności przyniosła mi najnowsza płyta tria Keith Jarrett Trio – The Old Country (More from the Deer Head Inn). To zapis koncertu o znakomitej energii, zarejestrowany w kameralnej przestrzeni Deer Head Inn. Intymność miejsca staje się namacalna zwłaszcza w momentach oklasków, kiedy wyraźnie słychać akustykę sali i reakcje publiczności. Gdy jednak Jarrett daje upust swojej inwencji, muzyka nabiera niezwykłej intensywności i wciąga bez reszty. M11 pozwalał w pełni docenić zarówno subtelność interakcji między muzykami, jak i dynamikę improwizacji – do tego stopnia, że trudno było usiedzieć w miejscu.
Jeszcze większa swoboda
Wypróbowałem również wejście sieciowe, wybierając Bricasti jako urządzenie wyjściowe w aplikacji sterującej JPlay. Efekt? Brzmienie jeszcze bardziej swobodne i płynne niż w przypadku połączenia AES/EBU. Dźwięk nabrał większego oddechu i naturalności, zbliżając ten przetwornik do estetyki analogu bardziej niż cokolwiek, z czym miałem do czynienia w ostatnich latach.
M11 zachowuje znakomitą precyzję rytmiczną, a jednocześnie prezentuje przekaz czystszy i bardziej uporządkowany. To zachęca do słuchania na wyższych poziomach głośności, bez śladu agresji czy napięcia, co przekłada się na jeszcze większe zaangażowanie w muzykę. Aby wyraźnie go przewyższyć, potrzebny byłby naprawdę wybitny, zewnętrzny transport plików – oraz odpowiednio transparentne okablowanie.
Jestem entuzjastą przetworników drabinkowych i mogę śmiało powiedzieć, że to najlepsza konstrukcja tego typu, z jaką miałem do czynienia. Oferuje przejrzystość, neutralność i timing na poziomie wybitnym. Co więcej, moja fascynacja Bricasti M11 R-2R Classic okazała się na tyle silna, że porzuciłem wstrzemięźliwość i zdecydowałem się na zakup egzemplarza do własnego systemu.
Bogaty zestaw interfejsów oraz solidność wykonania budzą zaufanie – M11 bez trudu zintegruje się z praktycznie każdym źródłem i pozostanie aktualny przez długie lata. Być może nie jest to absolutnie najwyższy model w ofercie Bricasti, lecz sposób, w jaki przekazuje muzykę, jest tak przekonujący, że trudno uznać to za jakiekolwiek ograniczenie.