Recenzja kondycjonera zasilania Synergistic Research PowerCell 12 SX w Hi-Fi Huff

Autor i źródło recenzji: Steve Huff, Hi-Fi Huff, kwiecień 2026 r.
Oryginał można przeczytać TUTAJ
Ach, ten stary, dobry kondycjoner zasilania w systemie audio! Dla jednych to „audiofilskie voodoo”, dla innych – wybawienie dla całego toru. Jak jest naprawdę? Cóż, nie każdy z nas potrzebuje kondycjonera, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że wielu jednak tak. Po przetestowaniu całkiem sporej liczby takich urządzeń stałem się ich gorącym zwolennikiem – zwłaszcza tam, gdzie jakość prądu w gniazdku pozostawia wiele do życzenia.
Od lat zmagałem się z zakłóceniami i ziarnistością w tle dźwięku. Dopiero wpięcie solidnego kondycjonera wyraźnie oczyściło przekaz, co bezpośrednio przełożyło się na poprawę brzmienia całego systemu. Tak, te urządzenia potrafią działać znakomicie… choć bywają też przypadki, w których efekt jest co najwyżej dyskusyjny.
Ostatnio testuję możliwie dużo kondycjonerów zasilania, szukając takiego, który naprawdę się wyróżnia – ale bez absurdalnego poziomu cenowego rzędu 10 tysięcy dolarów i więcej. Dlaczego? Powód jest prosty. Owszem, jestem recenzentem sprzętu hi-fi, ale nie należę do grona tych, którzy przyjmują urządzenie, opisują je i natychmiast przechodzą dalej.
Jestem przede wszystkim pasjonatem audio – to jedna z moich życiowych zajawek. Dzięki pracy mam okazję obcować z wieloma znakomitymi konstrukcjami (choć trafiają się też mniej udane), ale kiedy pojawia się coś naprawdę wyjątkowego, co deklasuje mój dotychczasowy „punkt odniesienia”, naturalną reakcją jest chęć zatrzymania tego u siebie i dalszego rozwijania systemu. Właśnie w ten sposób dokonuję kolejnych upgrade’ów. I tak – mam świadomość, że jestem w uprzywilejowanej sytuacji, bo mogę najpierw posłuchać i sprawdzić, zanim wydam choćby złotówkę.
Jeśli chodzi o zasilanie, jestem zdecydowanym zwolennikiem zarówno kondycjonerów, jak i listew dystrybucyjnych – miałem okazję wielokrotnie przekonać się, jak duży wpływ potrafią mieć na brzmienie systemu. Do tej pory przetestowałem około tuzina różnych konstrukcji. Co ciekawe, jedna z nich wniosła do mojego toru dodatkowe zakłócenia w postaci słyszalnego brumu. Miałem do czynienia zarówno z rozwiązaniami pasywnymi, jak i aktywnymi – i przez długi czas to właśnie te pierwsze wydawały mi się wyraźnie lepsze.
To jednak uległo zmianie po odsłuchach modelu Synergistic Research PowerCell 12 SX. Mamy tu do czynienia z konstrukcją aktywną, wykorzystującą autorskie rozwiązania nastawione na maksymalną wydajność – a przy tym wyraźnie odmienną od większości konkurencyjnych urządzeń.
Początkowo podchodziłem do niego z dużą rezerwą, ale po dłuższym czasie spędzonym w moim systemie sceptycyzm całkowicie ustąpił. Co więcej, zdecydowałem się na zakup wersji 12 SX, zastępując nią mojego dotychczasowego faworyta – Puritan PSM 156 NFR. To naprawdę wiele mówi.
W dalszej części recenzji wyjaśnię dokładnie, skąd taka decyzja. Już teraz mogę jednak powiedzieć jedno: wysokiej jakości, czyste zasilanie stanowi fundament dla uzyskania ponadprzeciętnego brzmienia systemu audio. W tym przypadku PowerCell 12 SX robi jednak coś więcej niż tylko „porządkuje” prąd zasilający.
Firma Synergistic Research działa na rynku od 34 lat i oferuje szereg nietuzinkowych akcesoriów oraz rozwiązań dla systemów audio. Przeglądając ich stronę internetową, można odnieść wrażenie, że część produktów ociera się o tzw. „audiofilskie voodoo”. Osobiście jednak nigdy nie feruję wyroków przed odsłuchem i rzetelnym testem – choć przyznaję, że niektóre propozycje mogą wydawać się, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne. Z drugiej strony nieraz byłem pod ogromnym wrażeniem urządzeń, które przez część osób były z góry skreślane właśnie jako „snake oil”, wyłącznie na podstawie ceny i opisu – bez jakiejkolwiek weryfikacji w praktyce.
Nie da się ukryć, że wiele z tych rozwiązań jest bardzo kosztownych – zarówno dla przeciętnego użytkownika, jak i dla mnie. Model PowerCell 12 SX, który dziś recenzuję, kosztuje 7999 dolarów, czyli mniej więcej tyle, co mój Puritan PSM 156 NFR w komplecie z przewodem zasilającym NFR. Miałem więc wyjątkową okazję bezpośrednio porównać oba urządzenia – i oczywiście z niej skorzystałem.
Co więcej, zestawiłem je również ze zwykłą listwą zasilającą z 14 gniazdami, którą kupiłem dekadę temu za około 30 dolarów. Chciałem sprawdzić, co realnie otrzymujemy za tak znaczącą różnicę w cenie względem prostego, budżetowego rozwiązania. Na samo porównanie poświęciłem jednego dnia aż 9 godzin intensywnych odsłuchów.
Na marginesie dodam, że nie otrzymałem żadnego wynagrodzenia za napisanie tej recenzji ani przygotowanie materiału wideo – co warto jasno zaznaczyć.
Słuchałem również modelu PowerCell 12 SX codziennie, bo uważam, że tylko dłuższe obcowanie ze sprzętem pozwala naprawdę zrozumieć jego wpływ na system – i ocenić, czy ten wpływ jest faktycznie korzystny. W moim odczuciu kondycjoner zasilania powinien pracować w torze przez tygodnie, a najlepiej miesiące. Dopiero wtedy można w pełni docenić jego działanie. Dobrym testem jest dłuższy odsłuch, a następnie usunięcie urządzenia z systemu. Jeśli dźwięk wyraźnie się pogorszy – straci spójność, skurczy się scena, pojawi się ostrość lub przeciwnie, nadmierne „napompowanie” – to znak, że dany komponent rzeczywiście wnosił istotną poprawę. Taki sposób weryfikacji uważam za najbardziej miarodajny, choć pierwsze wnioski można wyciągnąć już po kilku dniach: słuchać regularnie, wyjąć z toru i obserwować zmiany.
Kondycjonery, które zrobiły na mnie największe wrażenie
W przeszłości trafiłem na trzy–cztery konstrukcje, które rzeczywiście spełniały swoje obietnice i wyraźnie poprawiały jakość zasilania systemu. Jednym z pierwszych urządzeń, które zrobiło na mnie duże wrażenie, był PS Audio PowerPlant 20. To zaawansowany kondycjoner aktywny w cenie około 10 tysięcy dolarów, który nie tylko filtruje prąd, ale de facto go regeneruje – przekształca napięcie z sieci i odtwarza je na nowo w możliwie idealnej postaci. Dodatkowo eliminuje składową stałą (DC) w sieci, co pomaga ograniczyć brumienie transformatorów.
W praktyce jest to ogromne, ciężkie urządzenie – bardziej przypominające potężny wzmacniacz niż klasyczny kondycjoner. I faktycznie, jego działanie było imponujące. Dźwięk stawał się gładszy, bardziej nasycony, spokojniejszy – wręcz relaksujący w odbiorze. To była bardzo przyjemna prezentacja, choć z czasem zauważyłem, że urządzenie wprowadza pewną własną sygnaturę brzmieniową.
Niestety pojawił się też problem natury praktycznej. Przy mojej ówczesnej jakości zasilania składowa stała w sieci była na tyle wysoka, że potężny transformator wewnątrz PowerPlant 20 zaczął wyraźnie buczeć. Owszem, podłączone do niego urządzenia przestały wydawać niepożądane dźwięki, ale sam kondycjoner generował słyszalny hałas – co w moim przypadku okazało się nie do zaakceptowania.
Po rozstaniu z tamtym urządzeniem postawiłem na coś, co przez kolejne trzy lata stało się moim punktem odniesienia – Puritan Audio PSM 156. Ten kondycjoner po prostu robił dokładnie to, co obiecywał. Choć jego wzornictwo trudno nazwać atrakcyjnym, nie sposób było polemizować z efektami brzmieniowymi.
Zniknęły wszelkie przydźwięki, scena dźwiękowa wyraźnie się otworzyła, a poziom tła został na tyle obniżony, że z nagrań zaczęły wyłaniać się detale wcześniej ukryte w szumie. Redukcja zakłóceń była tu kluczowa i przekładała się na większą przejrzystość oraz lepszą mikrodynamikę. Co równie istotne, PSM 156 stabilizował prezentację – system brzmiał równo i przewidywalnie niezależnie od pory dnia, co w przypadku jakości zasilania bywa przecież problematyczne.
Po mniej więcej roku użytkowania wydarzyło się jednak coś zaskakującego – zauważyłem, że sam kondycjoner zaczyna wydawać słyszalny brum. Tak, dokładnie tak – urządzenie, które wcześniej eliminowało tego typu problemy, samo zaczęło je generować. To tylko potwierdziło, jak niestabilne i problematyczne potrafi być zasilanie w mojej instalacji.
Kolejnym etapem był Vinshine Audio Tai Hang – stosunkowo przystępny cenowo, a przy tym bardzo solidny kondycjoner o wyjątkowo dopracowanej estetyce. Wniósł do mojego systemu nieco ciemniejsze, bardziej nasycone i cieplejsze brzmienie. Skutecznie eliminował składową stałą, stabilizując pracę całego toru – system grał równo i przewidywalnie przez całą dobę. Co istotne, samo urządzenie pracowało absolutnie bezgłośnie i pod względem wizualnym było zdecydowanie najatrakcyjniejsze z całej stawki.
Jego ograniczeniem okazała się jednak funkcjonalność – do dyspozycji są tylko cztery gniazda wyjściowe, co w moim przypadku było niewystarczające. Teoretycznie mógłbym dokupić drugi egzemplarz (zwłaszcza że cena, poniżej 1300 dolarów, jest bardzo konkurencyjna), ale w międzyczasie pojawiła się nowa wersja mojego wcześniejszego faworyta – Puritan PSM 156 NFR.
Wersja NFR oferuje ulepszone gniazda oraz referencyjny przewód zasilający wykorzystujący złącza Furutech – spójne z tymi zastosowanymi wewnątrz urządzenia. Przy cenie na poziomie 7500 dolarów oczekiwania były wysokie – i na szczęście nie zostały zawiedzione. Porównałem go bezpośrednio z podobnie wycenionym modelem renomowanej marki i wybór był dla mnie oczywisty.
Choć stylistyka nadal pozostaje kwestią dyskusyjną, brzmieniowo PSM 156 NFR wyniósł mój system na jeszcze wyższy poziom niż standardowa wersja. Prezentacja nabrała charakteru dopracowanej, precyzyjnej maszyny: wysokie tony zyskały więcej blasku i wybrzmienia, bas stał się bardziej dynamiczny i kontrolowany, a tło pozostało absolutnie czarne – bez śladów przydźwięków czy zakłóceń. Szczególnie zauważalne było dodatkowe „otwarcie” i iskrzenie w górze pasma.
Kilka miesięcy później otrzymałem wiadomość od Rodney’a z Synergistic Research z pytaniem, czy chciałbym przetestować ich kondycjoner PowerCell 12 SX. Po zapoznaniu się z informacjami na stronie producenta wiedziałem, że muszę go posłuchać – choć szczerze mówiąc, podchodziłem do tematu z dużą rezerwą. Byłem przekonany, że trudno będzie mu dorównać Puritan PSM 156 NFR. Nie bardzo widziałem przestrzeń do poprawy – system grał znakomicie i byłem w pełni usatysfakcjonowany.
Po dostarczeniu PowerCell 12 SX pierwsze wrażenia były interesujące. Urządzenie okazało się lżejsze od konstrukcji Puritana, ale jednocześnie wyraźnie lepiej dopracowane pod względem jakości wykonania i wykończenia. Na froncie znajduje się okno, przez które można zajrzeć do wnętrza i dostrzec charakterystyczne cylindryczne elementy (nie są to lampy elektronowe, choć na pierwszy rzut oka mogą się z nimi kojarzyć). Do dyspozycji mamy także przycisk na panelu przednim oraz drugi – umieszczony z tyłu.
W zestawie znajduje się firmowy przewód zasilający zakończony specjalnym złączem Neutrik z mechanizmem blokady. To bardzo praktyczne rozwiązanie – kabel po wpięciu zostaje pewnie unieruchomiony i nie ma ryzyka przypadkowego wysunięcia. Doceniłem to szczególnie dlatego, że w moim wcześniejszym Puritan PSM 156 zdarzyło mi się raz niechcący wypiąć przewód podczas manipulowania okablowaniem. Tutaj problem został całkowicie wyeliminowany, a połączenie jest stabilne i pewne.
Do dyspozycji mamy tu aż 12 gniazd wyjściowych i – co kluczowe – żadne z nich nie ogranicza wydajności prądowej. Można więc bez obaw podłączać nawet wymagające końcówki mocy. Sprawdziłem to w praktyce, korzystając zarówno ze wzmacniacza zintegrowanego, jak i dwóch zestawów monobloków klasy A/B o mocy 200 W na kanał.
Podejście Synergistic Research do tematu zasilania wyraźnie różni się od tego, co oferują inni producenci, których urządzenia miałem okazję testować – jak AudioQuest, Furman czy Shunyata Research. Co więcej, w ofercie tej firmy znajduje się także ekstremalnie zaawansowany kondycjoner za około 70 000 dolarów, a PowerCell 12 SX ma być jego bardziej przystępną, „skondensowaną” wersją. Lubię takie podejście – przeniesienie kluczowych rozwiązań z flagowego modelu do konstrukcji o znacznie niższej cenie. Tym bardziej że pod względem wzornictwa SX12 prezentuje się naprawdę znakomicie.
Deklaracje producenta
Producent opisuje PowerCell 12 SX w następujący sposób (ujęcie zredagowane językowo, bez zmiany sensu):
PowerCell 12 SX nie jest po prostu uproszczoną wersją modelu SRX. To jego reinterpretacja dostosowana do realiów – koncentracja doświadczeń zdobytych przy projektowaniu flagowego kondycjonera za 70 000 dolarów, zamknięta w spójnej architekturze „pola jednolitego”. Efektem jest wydajność zbliżona do topowego modelu, osiągnięta przy ułamku jego ceny.
To nie klasyczna filtracja pasywna, lecz aktywne kształtowanie środowiska elektromagnetycznego, w którym pracują komponenty systemu.
W praktyce oznacza to natychmiastowo słyszalne efekty: wyraźną redukcję szumu tła, większą i bardziej uporządkowaną scenę, lepszą definicję wokali oraz wzrost dynamiki bez oznak kompresji. Barwa zyskuje na naturalności, a przekaz – na spójności i realizmie przestrzennym.
To zmiana, którą słychać od razu – bez potrzeby długiego „oswajania się” z dźwiękiem.
Jak zwykle w przypadku materiałów marketingowych brzmi to bardzo odważnie – wręcz spektakularnie. Pozostaje więc kluczowe pytanie: na ile te deklaracje znajdują potwierdzenie w rzeczywistym odsłuchu?
Rzeczywistość?
Nie ukrywam – trudno mi jednoznacznie wyjaśnić, co dokładnie dzieje się „pod maską” takich urządzeń. Opisy producenta brzmią momentami jak typowy marketingowy żargon i podchodzę do nich z dystansem. Jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły techniczne, zawsze może sięgnąć do materiałów producenta. Ja natomiast nie należę do osób, które przywiązują do tego dużą wagę. Liczy się dla mnie efekt końcowy – czyli odpowiedź na proste pytanie: czy dane urządzenie wnosi realną poprawę i czy jest warte swojej ceny w kontekście przyjemności z odsłuchu?
W przypadku PowerCell 12 SX, używanego wraz z firmowymi przewodami zasilającymi, mogę powiedzieć jedno – działa. I to w sposób bardzo zbliżony do tego, co deklaruje producent. Do szczegółów odsłuchowych jeszcze wrócę, ale najpierw warto przytoczyć pewne ciekawe porównanie.
Listwa za 30 dolarów
Jeszcze kilka lat temu korzystałem z prostej listwy zasilającej za 30 dolarów – dziś ma ona już około 10 lat. Oferuje dziesięć gniazd, jest banalna w konstrukcji i… dokładnie taka, jak można się spodziewać w tej klasie. W przeszłości zdarzały się przy jej użyciu różnego rodzaju problemy – brum, szumy, trzaski, szczególnie przy bardziej wymagających wzmacniaczach i źródłach.
Na potrzeby testu odłączyłem Puritan PSM 156 NFR i podłączyłem cały system właśnie do tej budżetowej listwy.
Warto dodać kontekst – przez lata zmagałem się z problematycznym zasilaniem. Napięcie bywało niestabilne, a obecność składowej stałej w sieci powodowała różnego rodzaju zakłócenia i niepożądane dźwięki w urządzeniach. W ubiegłym roku trzykrotnie wzywałem elektryka – przeprowadziliśmy gruntowną modernizację instalacji: od rozdzielni aż po pokój odsłuchowy. Wymieniłem wszystkie gniazda, dołożyłem dedykowaną linię zasilającą, a dodatkowo zidentyfikowaliśmy i usunęliśmy problem z uziemieniem przy głównym bezpieczniku.
Po tych zmianach sytuacja wyraźnie się poprawiła – problemy z brumieniem wzmacniaczy praktycznie zniknęły, o ile nie wynikały z samej konstrukcji urządzenia (a i takie przypadki się zdarzają).
Podłączyłem więc cały system do tej prostej listwy za 30 dolarów – i owszem, muzyka płynęła. Bez brumu, bez buczenia. Tylko że… to nie było to samo granie.
Różnica względem Puritan PSM 156 NFR była natychmiastowa i jednoznaczna. Przekaz stracił na wciągającej naturze – słuchałem mniej uważnie, mniej się angażowałem. Brzmienie zrobiło się wyraźnie ciemniejsze, bas utracił swoją konturowość i sprężystość, stając się lekko rozmyty i „napuchnięty”. Scena dźwiękowa spłaszczyła się – zniknęła ta duża, otwarta, niemal holograficzna przestrzeń, do której zdążyłem się przyzwyczaić. W tle pojawił się także delikatny szum słyszalny w głośnikach w stanie spoczynku.
Po krótkim czasie zwyczajnie straciłem ochotę na dalsze słuchanie. Dźwięk przestał mnie angażować – był poprawny, ale pozbawiony tego „czegoś”, co wcześniej potrafiło wręcz wywołać emocje. A mówimy przecież o systemie złożonym z wysokiej klasy komponentów, który przy odpowiednim zasilaniu potrafił dostarczyć naprawdę poruszających doznań.
To doświadczenie było dla mnie jednoznaczne: jakość zasilania ma ogromne znaczenie.
Po kilku dniach wróciłem do Puritan PSM 156 NFR – i wszystko natychmiast wskoczyło na swoje miejsce. Większa przejrzystość, lepsza mikrodynamika, bardziej dźwięczna góra pasma, a przede wszystkim znacznie lepiej kontrolowany, szybki i energetyczny bas. Brzmienie odzyskało życie i swobodę, do których zdążyłem się przyzwyczaić.
Po kilku dniach ponownych odsłuchów z Puritanem w torze, przyszedł czas na kolejny krok – wpięcie PowerCell 12 SX. I zrobiłem to od razu po jego dostarczeniu.
No i zaczęło się…
Po wpięciu PowerCell 12 SX od razu usłyszałem różnicę – i to względem obu wcześniejszych rozwiązań. Brzmienie stało się nieco cieplejsze, bardziej muzykalne, a przy tym wciąż nasycone dynamiką i płynnością. Tło? Absolutnie czarne. Zero szumu, zero syczenia. Mam wrażenie, że nigdy wcześniej mój system nie pracował w tak „cichym” środowisku – w nocnej ciszy, około 2:00 nad ranem, nie było słychać kompletnie nic. Żartobliwie mówiąc, opadające piórko na dywan zrobiłoby większy hałas.
Z drugiej strony zauważyłem subtelną zmianę balansu tonalnego. Góra pasma była odrobinę mniej „iskrząca” i dźwięczna niż z Puritan PSM 156 NFR – ale jednocześnie średnica zyskała na masie i nasyceniu. Puritan prezentował ją nieco szczuplej, bardziej konturowo. SX12 stawiał na płynność i organiczność przekazu, nie rezygnując przy tym z dużej, trójwymiarowej sceny i bardzo dobrej głębi. Ilość detali pozostała na wysokim poziomie – wszystko było obecne, tylko podane w inny, bardziej „spójny” sposób.
Na tym etapie nie byłem w stanie jednoznacznie wskazać faworyta. Puritan PSM 156 NFR i PowerCell 12 SX oferowały odmienne podejście do prezentacji – różne „charaktery” brzmienia. Przewagą SX12 była natomiast funkcjonalność: 12 gniazd zamiast 6 daje znacznie większą elastyczność przy rozbudowanych systemach.
Podłączałem do niego różne konfiguracje – m.in. końcówki mocy 560 W oraz monobloki 200 W klasy A/B – i za każdym razem efekt był lepszy niż przy bezpośrednim zasilaniu z gniazdka. Podobnie zresztą jak w przypadku Puritana. Po przejściu „na ścianę” dźwięk wyraźnie tracił na przestrzenności i trójwymiarowości, stawał się bardziej płaski i mniej angażujący.
W pewnym momencie poprosiłem żonę o pomoc w odsłuchu porównawczym. Nie wiedziała, co aktualnie testuję ani jakie są różnice między konfiguracjami – zależało mi na możliwie obiektywnej reakcji. Przeprowadziłem dla niej odsłuch wszystkich trzech wariantów, dając jej około 30 minut na spokojne wyrobienie sobie opinii.
Co usłyszała?
Warto podkreślić, że moja żona nie jest audiofilką – po prostu lubi muzykę. Tym bardziej jej wrażenia były dla mnie cenne, bo pozbawione „branżowego” nastawienia. I co ciekawe, jej obserwacje w dużej mierze pokryły się z moimi.
Przy taniej listwie za 30 dolarów od razu wychwyciła spłaszczenie dźwięku. W przypadku Puritan PSM 156 NFR zwróciła uwagę na większą żywiołowość i energię przekazu. Z kolei PowerCell 12 SX określiła jako grający „pełniej”, z lepszym wypełnieniem i bardziej wyczuwalnym rytmem.
Kiedy zapytała o ceny, jej reakcja była… powiedzmy, bardzo emocjonalna 😉. Padło też naturalne pytanie: czy zamierzam przesiąść się na SX12? Wtedy jeszcze nie miałem jednoznacznej odpowiedzi – potrzebowałem więcej czasu.
Decyzja po dłuższych odsłuchach
W kolejnych dniach coraz częściej wracałem jednak do PowerCell 12 SX, szczególnie w połączeniu z moimi aktualnie ulubionymi kolumnami: T+A Talis R 330 oraz Fleetwood Sound Helios. Oba zestawy zabrzmiały z nim znakomicie – bardziej plastycznie, z lepszym „flow” i naturalną swobodą.
Nie oznacza to, że Puritan PSM 156 NFR był gorszy – oba urządzenia prezentują bardzo wysoki poziom i robią swoją robotę bez ograniczania wydajności prądowej. Różnice tkwią raczej w charakterze: Puritan jest bardziej konturowy i energetyczny, SX12 – bardziej nasycony, płynny i organiczny.
Ostatecznie zdecydowałem się na zmianę. Zadecydowały dwa czynniki:
- funkcjonalność – 12 gniazd w PowerCell 12 SX to ogromna przewaga nad 6 w Puritanie
- charakter brzmienia – większa masa, płynność i muzykalność przekazu
Nie bez znaczenia jest też fakt, że sam SX12 pracuje absolutnie bezgłośnie – brak jakichkolwiek przydźwięków czy mechanicznych odgłosów z obudowy.
Biorąc pod uwagę, że ceny obu urządzeń są zbliżone, a powrót do zwykłej listwy zasilającej po takich doświadczeniach nie wchodzi już w grę, decyzja była dość naturalna. Skontaktowałem się więc z Synergistic Research w sprawie zakupu egzemplarza dla siebie.
Czerwona czy niebieska pigułka?
PowerCell 12 SX oferuje jeszcze jedną, dość nietypową funkcję – przycisk na froncie pozwalający przełączać tryb pracy między „Blue” a „Red”. Producent wiąże to z tzw. biasem, czyli zmianą charakterystyki pola elektromagnetycznego wewnątrz urządzenia.
Tryb niebieski ma być dedykowany nagraniom kameralnym, akustycznym – z naciskiem na czystość barwy i naturalność.
Tryb czerwony – do dużych składów, muzyki symfonicznej czy elektronicznej, gdzie liczy się skala i energia.
Brzmi to dość egzotycznie – nawet jak na standardy tej branży. Jak to działa w praktyce?
Szczerze mówiąc, tutaj moje wrażenia są dużo mniej jednoznaczne. Jeśli jakieś różnice występowały, to były subtelne – na tyle, że trudno mi z pełnym przekonaniem oddzielić realny efekt od autosugestii. Odniosłem wrażenie, że tryb niebieski gra minimalnie cieplej i bardziej płynnie, ale nie jest to zmiana, która wywraca odbiór systemu do góry nogami.
W praktyce pozostawiłem ustawienie Blue jako domyślne i… nie przywiązuję do tego większej wagi.
Dodatkowo wewnątrz urządzenia zastosowano podświetlenie LED, które można dowolnie konfigurować (kolor czerwony, niebieski lub biały, ewentualnie całkowite wyłączenie). To już czysto estetyczny dodatek.
Podsumowując – selektor biasu traktuję raczej jako ciekawostkę niż kluczową funkcję. Najważniejsze jest to, że PowerCell 12 SX robi dokładnie to, czego oczekujemy od tej klasy urządzenia: dostarcza czyste, stabilne zasilanie, a jego wpływ na brzmienie jest słyszalny od razu – bez „dosłuchiwania się” czy długiego oswajania. Oczywiście, jak zawsze w audio, odbiór może być systemozależny.
Czy Synergistic Research PowerCell 12 SX jest wart swojej ceny?
Odpowiedź brzmi: tak… i nie.
Jeśli złożyłeś dopracowany system wysokiej klasy, w który zainwestowałeś nie tylko pieniądze, ale też czas i uwagę – w dobór komponentów, okablowania i detali – wtedy taki element jak kondycjoner zasilania zaczyna mieć realny sens. W takich warunkach PowerCell 12 SX może być inwestycją, która przekłada się na wyraźnie większą immersję i przyjemność ze słuchania.
Natomiast w systemie za kilka tysięcy dolarów jego zakup byłby trudny do uzasadnienia. To po prostu nie ten poziom, na którym tego typu komponent wnosi proporcjonalną wartość.
W dobrze zestawionym torze high-endowym zasilanie faktycznie stanowi fundament. I nie jest to tylko teoria – w praktyce brak odpowiedniej kondycji prądu skutkuje spłaszczeniem przekazu, mniejszym zaangażowaniem i ogólnym „zmatowieniem” brzmienia. Nawet po poprawie instalacji elektrycznej różnice pozostają wyraźne.
W moim przypadku mówimy o systemie, w którym sam tor cyfrowy (DAC + streaming) to wydatek rzędu 34 tysięcy dolarów, do tego wzmacniacze z przedziału 1600–7000 dolarów i kolumny kosztujące od 5 do 25 tysięcy. W takim kontekście rola kondycjonera jest nie do przecenienia.
Nie zmienia to faktu, że Puritan PSM 156 NFR pozostaje jednym z najlepszych pasywnych kondycjonerów, jakie miałem okazję testować – szczególnie jeśli priorytetem jest maksymalna przejrzystość i szeroka, otwarta scena dźwiękowa.
W moim systemie Synergistic Research PowerCell 12 SX ostatecznie okazał się lepszym wyborem – przede wszystkim dzięki 12 gniazdom, ale też przez sposób kształtowania brzmienia. Dźwięk zyskał na masie, lekkim ociepleniu i płynności, przy jednoczesnym zachowaniu znakomitej, wciągającej sceny dźwiękowej.
Różnice między trybami czerwonym i niebieskim? W moim przypadku – marginalne. Natomiast to, co ten kondycjoner robi jako całość, jest naprawdę imponujące. Nigdy wcześniej nie miałem w swoim systemie tak niskiego poziomu szumu tła. To absolutna cisza, na której dopiero buduje się właściwy przekaz muzyczny.
Warto też wspomnieć o firmowym okablowaniu – przewód z serii Foundation od Synergistic Research jest solidnie wykonany i wpisuje się w charakter urządzenia: dźwięk jest muzykalny, płynny, lekko ocieplony, a przy tym bardzo rozdzielczy i uporządkowany. Nie ma tu sztucznego „podkręcania” detali – wszystko pojawia się naturalnie, w ramach spójnej prezentacji.
Ponieważ mam możliwość testowania wielu urządzeń, naturalnym odruchem jest dla mnie wymiana komponentu, gdy trafiam na coś, co działa lepiej w moim systemie. Czy znajdę kiedyś coś jeszcze lepszego? Trudno powiedzieć – ale właśnie to poszukiwanie jest częścią frajdy w tym hobby.
Najważniejsze jednak jest to, że nie mamy tu do czynienia z „audiofilską magią”, tylko z realnym wpływem na pracę systemu. PowerCell 12 SX nie narzuca wyraźnej sygnatury brzmieniowej, jak robi to wiele innych kondycjonerów. Zamiast tego pozwala komponentom pokazać ich pełny potencjał – poprzez dostarczenie możliwie czystego i stabilnego zasilania.
Czy jest drogi? Oczywiście. Ale w świecie high-endu to wciąż środkowy segment oferty Synergistic Research – a mimo to oferuje poziom, który śmiało można określić jako wybitny.